tutaj znajdzie się to, co nie może aspirować do miana wypraw, a mimo to jest warte mszy. oraz nowości.
Kategorie: Wszystkie | !Rower | !Wspin | Góry | Inne
RSS
niedziela, 11 kwietnia 2010
Wieniec kończy dzieło*
Oszronione: namiot i rower

Ogłaszam oficjalnie, że przestało mi się chcieć prowadzić ten blog :P

Może czasem coś będzie, a może nie ;)

Poza tym, jako człowiek z gminu, ostatnio popełniłem Potworny Błąd ;)

Gmina Potworów, Gmina Błędów

Przeto udaję się na...

Browarek 1

... i ogłaszam całkowity

Zakaz wprowadzania psów, zakaz pozostawiania psów, zakaz fotografowania
*(c) chyba Wujek Samo Bro (?)
sobota, 20 lutego 2010
Płońsk, Płońsk, Płońsk parlamencie!

Pierwszy wypad (--> trasa z przynajmniej jednym noclegiem poza domem) w tym roku odbył się w ostatni weekend stycznia. Koszystając z niezłej pogody wsiedliśmy z Danielem na skrzydła południowo-zachodniego wiatru i polecieliśmy!

Było nawet niezbyt zimno, ot na bluzę plus kurtkę paclite, a w Płocku wyszło nawet słońce (chyba po raz pierwszy w tym roku)

Strój styczniowy

Wszelako pod wieczór się ochłodziło, a że i kierunek zmieniliśmy i ostatnie 20 km jechaliśmy na południowy wschód, więc do Płońska, po nieco ponad 200 km, dojechaliśmy nieco wymięci.

Jednak po dobrze przespanej nocy wypadałoby popedałować dalej - choćby nawet pod wiatr. No to jedziemy! I wszystko byłoby dobrze, gdyby Miki, tchórz jeden...

Tchórz 1

... nie przestraszył się głupich Sromów trzech.

Sromów trzy

Ale w sumie może i trudno mu się dziwić, te "ruchome rzeźby" brzmią przerażająco...

Ruchome rzeźby sromów

Tak czy owak z podkulonymi błotnikami ;) pojechaliśmy do Łodzi i tyle nas widziano ;)

Statystyka wypadu.

poniedziałek, 28 grudnia 2009
Od zmierzchu do świtu

...czyli Nocna Masakra ;) w najdłuższą noc roku.

Chyba ze dwa lata temu zaświtał mi pomysł, żeby przejeździć najdłuższą noc w roku rowerem. Wszelako - o ile pamiętam - wówczas przyszedł mi on głowy już po świętach, a więc po ptokach ;) W zeszłym roku tak wyszło, ze nie miałem z kim jechać, a samemu w nocy jakoś łyso. Wreszcie w tym znalazł się Godny Towarzysz, więc ruszyliśmy :)

Przygotowani byliśmy na mróz, ostatnia niedzielna wycieczka przy -13 ujawniła braki w ekwipunku, więc przed świętami kupiłem rozmrażacz do szyb (żeby odmrażać napęd), pożyczyłem łapawice (żeby do środka wsadzić chemiczne ogrzewacze) i nakupiłem wysokokalorycznego żarcia (bo wyglądało na to, że przy mocno ujemnych temperaturach organizm pochłania coś z 400 kcal na godzinę (!). Mróz jednak zawiódł, a zamiast tego na święta przyszła odwilż. Szczerze mówiąc, w to nam graj! Kiedy o 15:30 spotkaliśmy się na Placu Wolności było 12'C. Właściwie chłodnawy sierpniowy wieczór w okolicach godziny 20 mógłby wyglądać tak samo...

Przed startem

Start o 15:36, dokładnie o zachodzie słońca (wg Google). Prognoza mówiła, że w nocy temperatura ma spaść do +2 stopni i ma wiać silny zachodni wiatr. Póki co jednak jest prawie cisza. Uderzamy więc na zachód, żeby potem polecieć z wiatrem. Na pierwszy ogień: Koło.

Pomykamy w ciemnościach przez Lutomiersk, Puczniew, Mianów. Tam zgubiłem część panelu od sigmy - usłyszałem, jak upada na ziemię, ale nie byliśmy w stanie znaleźć w ciemnościach. Swoją drogą zabawny widok: dwóch facetów w kamizelkach odblaskowych, w czołówkach i z dodatkowymi lampkami w rękach idzie powolutku szosą gapiąc się w asfalt: "Wiesiu, uważaj, tu jest trudny moment! Nie wywróć się!" ;) Około piętnastominutowe poszukiwania nic jednak - jako się rzekło - nie dały i ruszyliśmy dalej.

Postój w Mianowie
Nie wszystko rower, co się świeci ;)

Kałów, Góra Bałdrzychowska, Porczyny, Uniejów (tu już zaczęło naprawdę solidnie wiać), Chełmno i aż doKoła ;) Stąd miała być idylla: krajową "dwójką" prościutko na wschód...

Postój w Kole

A oto, jak wiało z zachodu:

Postój w Kole

I faktycznie, ruszyliśmy z Koła o 21:30 i leciało się bajecznie. Do Krośniewic nie schodziliśmy poniżej 30 km/h. Na skrzyżowaniu z krajową "jedynką" okazało się, że całość została gruntownie przebudowana i Krośniewice zyskały północną i zachodnią obwodnicę. Nareszcie skrzyżowanie dwóch najgłówniejszych dróg w Polsce jest bezkolizyjne :) Trochę co prawda z tego powodu nadrobiliśmy, ale warto było :)

Dalej nadal dobrze się leciało, aż do Łowicza, ale we znaki dało się już zmęczenie - minęło 9 godzin w trasie i zbliżaliśmy się do granicy 200 km. Prędkość spadła, ale wciąż utrzymywała się w okolicach 27 km/h. W sumie na odcinku od Koła do Łowicza średnią wywindowaliśmy z 23,5 na 25,5 :)

W mieście dłuższy postój na stacji benzynowej - kanapki, toaleta, rozgrzanie (zrobiły się zaledwie 3 stopnie) i takie tam ;) Okazało się, że Pan Sprzedawca ze stacji jest sakwiarzem i w bodaj w zeszłym roku wybrał się z Domaniewic (koło Łowicza) do Rzymu :) czas leciał szybko na miłej pogawędce, ale trzeba było ruszać dalej.

Po dwóch kilometrach zawracamy - Daniel zostawił na stacji portfel! Zguba tym razem jednak się znalazła i znów lecimy (już przy raczej bocznym wietrze) na Nieborów. Siły powoli uchodzą - mamy w nogach 220 km i zaczynamy się zastanawiać nad tym, jak daleko jeszcze do łóżka. Zbliża się godzina 3 nad ranem... W Skierniewicach robi się paskudna nawierzchnia i pod wiatr. Tempo spada błyskawicznie - z ok. 25 do ok. 15. Ten powrót będzie masakrą... Nie muszę dodawać, że kompletnie nam się odechciało fotografować...

Do Jeżowa chcieliśmy (no dobra, ja chciałem :p) dotrzeć skrótem przez Gzów (raz już tamtędy jechałem), ale skrót okazał się długawy (choć mniej-więcej zgodny z mapą) i w sumie nie wiem, czy zamiast zaoszczędzić kilometr aby z pół nie nadłożyliśmy. Poza tym nawierzchnia była na nim kiepska, a w nocy - nawet jak się ma dwie dobre lampki i jedzie obok siebie - to jednak jest to problem. No, ale wreszcie Jeżów. Odpoczywamy pod kościołem, ale krótko, bo zimno przy tym zmęczeniu już daje się we znaki. Po raz pierwszy zakładam na postoju puchówkę. Teraz już tylko pod wiatr...

Postój w Jeżowie

Odcinek do Brzezin ciągnie się niemiłosiernie. Pagórki i coraz okropniejszy wmordęwind. Jak na zbawienie czekamy na kolejne punkty orientacyjne: zjazd do lasu, potem olbrzymi silos po prawej, przejazd kolejowy, następny (tym razem ostry - do 6% - zjazd), kolejny las i już "zajebiście długa wieś" przed Brzezinami, czyli Przecław. Wleczemy się jak krew z nosa, cały czas leciutko pod górę, ale niestety nie na tyle, żeby osłoniło od wiatru, który dochodzi już - tak na oko - chyba do 8 m/s! Rzeźnia!

W Brzezinach zatrzymujemy się na czynnej - na szczęście! - stacji benzynowej. Wciągamy po kanapce, pijemy gorącą herbatę i cholernie niemrawo ruszamy dalej. Zaczyna świtać... Po chwili prawie załamuje nas drogowskaz "Łódź: 19 km" - ja pierdziu, pod taki wiatr to będzie jeszcze z półtorej godziny!! I rzeczywiście tyle jechaliśmy - ze stacji wyruszyliśmy punkt siódma, a na Placu Wolności jesteśmy o 8:30, czyli 41 minut po czasie (wschód słońca był o 7:49). No, ale jesteśmy!! Pamiątkowa fotka z sylwestrową estradą na Kościuszce, wzajemne podziękowania i każdy leci do siebie.

Zakończenie imprezy na Pl. Wolności

300 km stuknęło mi tuż przed placem, więc plan zrealizowany. Do domu docieram absolutnie wypluty. Patrzę na średnią: od Skierniewic spadła z 25,5 do 23. W sumie i tak nieźle. Potem wyliczyłem, że ostatnie 75 km jechaliśmy ze średnią 16,3. Po tempie spodziewałem się raczej ok. 14...

Nic to, udało się! Najdłuższa noc w roku przerowerowana! Trzysetka w grudniu (i zarazem druga w moim życiu zimowa, a raptem piąta w ogóle - zaś dla Daniela to w ogóle debiut na takim dystansie i rekord życiowy) zrealizowana! Hurra! No i spać...

Dla dociekliwych, oczywiście, statystyki.

czwartek, 24 grudnia 2009
No i stało się

Marzenia się spełniają. Dziś przekroczyłem granicę 20.009 km przejechanych w ciągu roku kalendarzowego. Jako że rok 2009 ma się ku końcowi, a plan został zrealizowany, pora na małe podsumowanie.

Liczby co prawda nie mówią wszystkiego, ale już po nich widać, że rowerowo był to mój najbardziej udany sezon w życiu. Wszelako skoro nie mówią, to wymieńmy i inne powody. Przede wszystkim wybrałem się na najpoważniejszą z dotychczasowych wyprawę rowerową i wyprawa ta była naprawdę świetna. Zacny towarzysz, wymagające góry na całej trasie, zmienna pogoda od alpejskich ulew i burz po niesamowite upały na Bałkanach, fantastyczne widoki, mordercze podjazdy, wielka przygoda. To wszystko tam było ze mną, a także dużo, dużo więcej. Może kiedyś i ja to opiszę...

Po wtóre dlatego, że po intensywnym sezonie 2008 nie straciłem motywacji do jazdy. Szczerze mówiąc, trochę się tego obawiałem, a nawet na początku tego roku sporo na to wskazywało. Swoje dołożyły też pewne niepowodzenia osobiste pod koniec roku 2008. Jednak przyszła wiosna, a mnie znów wyrosły skrzydła, a właściwie opony i już w marcu pobiłem rekord życiowy dystansu dobowego (i zarazem pojedynczej wycieczki). Później w 2009 roku rekord ten poprawiłem jeszcze dwukrotnie :) Pod koniec roku co prawda nieco "spocząłem na laurach", ale miałem Swoje Powody (no, może jeden ;)

Wreszcie dlatego, że złożyłem fantastyczny, nowy rower. Muszę przyznać, że jestem z niego coraz bardziej dumny. Konfiguracja okazała się pod każdym względem trafiona w dziesiątkę, dość powiedzieć, że poza planową wymianą łańcucha, pierwszą przyczyną, z okazji której musiałem przy nim grzebać była wymiana klocków hamulcowych z tyłu po przejechaniu... 12.500 km!! Z tego dobrze ponad 4.000 z bagażem i w poważnych górach. Myślę, ze to mówi samo za siebie :) A komu nie mówi, to wyjaśnię: w poprzednich rowerach maksimum wytrzymałości klocków hamulcowych to było około 4.000 km, a po 12.000, to się i kasety wymieniało :)

To był naprawdę niezwykle udany rok. Jakby mało było wszystkiego co powyżej, to pod koniec 2009 spotkały mnie dla odmiany wielkie powodzenia osobiste... Życzę więc sobie (a i p.t. Czytelnikom - niech tam! ;) bogatego Mikołaja i równie udanego roku 2010. Bo obawiam się, że to, aby był jeszcze lepszy, jest po prostu fizycznie niemożliwe :)

niedziela, 20 grudnia 2009
Grudnie Reymontowskie ;)

No to nieźle dzisiaj z Danielem pojechaliśmy! Miała być lajtowa wycieczka, a wyszedł niezły hardkor ;)

No bo tak: w takiej scenerii i przy minus 13 stopniach jeździ się całkiem przyjemnie...

Daniel na Śnieżnej Drodze ;)

... pod warunkiem, że jest się odpowiednio ubranym. My byliśmy. Tak się przynajmniej z początku wydawało. Pomykaliśmy więc przez lasy i pola aż do Koluszek, gdy wtem!

Kaseta zawalona śniegiem

... okazało się, że moja kaseta zamarzła, a ściślej obrosła zamarzniętym śnieżnym błotem i od tego momentu miałem rower bez przerzutek ;)

Wszelako jechaliśmy dalej. Aż do Grudni Reymontowskich, które okazały się być spontanicznym celem spontanicznej wycieczki ;)

Grudnie Reymontowskie ;)
Daniel na Śnieżnej Drodze ;)

Jechaliśmy sobie przez lasy i pola i było nawet przyjemnie, dopóki nie zaczęły marznąć mi ręce. Z przyczyn nieznanych, bo wcześniej było równie zimno, a nie marzły. Doszło do tego, że do Strykowa dojechałem bez czucia w czwartym i piątym palcu każdej z rąk.

Daniel na Śnieżnej Drodze ;)

Potem było odmarzanie w markecie a dalej już Nocna Masakra. Ze Strykowa wlekliśmy się (bądźmy szczerzy - ja się wlokłem, jakoś mi kompletnie "odłączyło prąd") ze prędkościami rzędu 14-17 km/h. Co prawda lekko pod górę (ze Strykowa na Rogi w sumie 100 m przewyższenia, co na biegu przystosowanym do wyższych prędkości nieźle mnie zczochrało)) i pod wiatr, ale co to za usprawiedliwienie? Odżyłem dopiero w Łodzi, po zjedzeniu na stacji benzynowej dwóch kanapek. Dojechałem już w całkiem dobrym stanie i w sumie właśnie dochodzę do wniosku, że to była wprawdzie Bardzo Wymagająca, ale w sumie udana wycieczka :)

Statystyki i pierwsze wrażenia można jak zwykle znaleźć tutaj.

piątek, 04 września 2009
ROAD (Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna ;)

W związku z tym niusem, a także z tym, tym, tym i wieloma innymi oraz z faktem, że nadarza się okazja nie lada, że ktoś chce znowelizować kodeks drogowy z myślą o rowerzystach, postanowiłem napisać list otwarty do posłanki Ewy Wolak z propozycją jednej, ale za to dla wielu osób bardzo istotnej zmiany w Prawie o ruchu drogowym. Chodzi mianowicie o to, żeby znieść przymus korzystania ze ścieżki rowerowej w miejscach, gdzie nie ma zakazu ruchu rowerów na jezdni dla tych rowerzystów którzy:

  • posiadają prawo jazdy dowolnej kategorii (czytaj: umieją się poprawnie zachować w ruchu drogowym)
  • posiadają polisę odpowiedzialności cywilnej za szkody spowodwane ruchem pojazdów (czy to "specjalistyczną" polisę dla rowerzystów czy też w formie dodatku do innego ubezpieczenia, np. oc w życiu prywatnym).

Poniżej proponowana treść listu otwartego. Prosiłbym osoby zainteresowane o ewentualne uwagi do jego treści oraz przesyłanie do mnie na priv danych, którymi będę mógł ów list w imieniu nas wszystkich podpisać. Chodzi o imię i nazwisko, miejscowość zamieszkania (dobrze by było zebrać podpisy osób mieszkających w różnych miejscowościach) i posiadane kategorie prawa jazdy.

List otwarty:

Szanowna Pani Poseł,
W związku z faktem, że kieruje Pani parlamentarną grupą ds. rozwoju komunikacji i turystyki rowerowej mamy przyjemność właśnie Pani przedstawić naszą propozycję nowelizacji Ustawy z dnia 20 czerwca 1997 r. Prawo o ruchu drogowym.

Jako kierujący z wieloletnim doświadczeniem zarówno w ruchu rowerowym jak i samochodowym, tak w miejskim jak i pozamiejskim, tak lokalnym jak i dalekobieżnym mieliśmy okazję wielokrotnie obserwować opłakany stan dróg dla rowerów w Polsce. Mimo iż wciąż powstają nowe, to jednak w większości są one źle pomyślane bądź wykonane. Rowerzysta na takiej drodze jest narażony na ciągłe zagrożenie ze strony pieszych, którzy lekceważą przepisy Art. 11 ust. 4 Ustawy, zmuszony wskakiwać na krawężniki i "telepać się" po nierówno położonej kostce, zjeżdżać na jezdnię tuż przed skrzyżowaniem, ponieważ w danym miejscu droga dla rowerów niespodziewanie się kończy (wykonanie przejazdu dla rowerzystów okazało się niemożliwe? nazbyt kosztowne?), uskakiwać przed nierespektującym pierwszeństwa rowerzysty pojazdem samochodowym i wreszcie omijać permanentnie parkujące na drogach dla rowerów samochody (dla ilustracji tego ostatniego utrudnienia dysponujemy obszerną dokumentacją fotograficzną - kilkaset zdjęć - którą na życzenie możemy udostępnić). Zdajemy sobie sprawę, że poza nami istnieje wiele osób, które preferują jazdę nawet po kiepskich drogach rowerowych, ponieważ czują się na nich bezpieczniej niż na jezdni. Szanujemy preferencje tych osób!

Chcielibyśmy jednak, aby i nasze uszanowano i niniejszym zaznaczyć istnienie licznej rzeszy rowerzystów, którzy - podobnie jak my - nie czują potrzeby korzystania ze złych dróg rowerowych, a na jezdni - jako doświadczeni kierujący z uprawnieniami - czują się bezpieczniej niż na drodze dla rowerów - marnej jakości i zatłoczonej pieszymi oraz parkującymi. W związku z tym chcielibyśmy zaproponować zmianę zapisu Art. 33 ust. 1 Ustawy, która umożliwiałaby odpowiednio przygotowanym do tego rowerzystom (o czym poniżej) wybór pomiędzy jazdą drogą dla rowerów a jazdą jezdnią, o ile na tej ostatniej nie obowiazuje zakaz ruchu rowerów. Proponowane brzmienie zapisu Art. 33 ust. 1 jest następujące:

"Kierujący rowerem jednośladowym jest obowiązany korzystać z drogi dla rowerów lub z drogi dla rowerów i pieszych. Przepis zdania poprzedzającego nie dotyczy kierującego rowerem, o ile on posiada prawo jazdy dowolnej kategorii oraz wykupił dobrowolne ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej posiadacza roweru za szkody powstałe w związku z ruchem tego roweru. Kierujący rowerem, korzystając z drogi dla rowerów i pieszych, jest obowiązany zachować szczególną ostrożność i ustępować miejsca pieszym."

Wierzymy, że Pani zaangażowanie w inicjatywy sprzyjające rozwojowi komunikacji rowerowej pozwoli Jej docenić wagę takiej nowelizacji dla licznej grupy rowerzystów, którą reprezentujemy oraz przekonać się, iż zmiana taka nie spowoduje żadnego dodatkowego zagrożenia w ruchu drogowym na jezdniach, ponieważ rowerzysci uprawnieni do jazdy jezdnią będą osobami zarówno umiejącymi się odpowiednio zachować w ruchu drogowym (posiadaczmi prawa jazdy) jak i ubezpieczonymi od ewentualnych szkód, które mimo to mogłyby spowodować.

Z nieustającym zainteresowaniem będziemy śledzić Pani działania na rzecz poprawy warunków komunikacji rowerowej w Polsce i życząc jej dalszych sukcesów pozostajemy

z poważaniem,
(-) podpisy

Od kilku lat mielemy ozorami w tej sprawie (Staahoo? To już blisko dwa lata będzie, jakeśmy temat wspólnie na Zgierskiej nadgryźli, co? ;) ), a tymczasem widać, że wreszcie jest szansa (może niewielka, ale jednak chyba niezerowa) coś załatwić. Działajmy!

Zakaz ruchu rowerów, nie dotyczy rowerów

Apdejt: Akcja się rozrasta.

wtorek, 25 sierpnia 2009
Padł rekord roczny

Wczoraj miałem przyjemność przekroczyć magiczną dla mnie granicę 16.033 km, która dotąd była moim rekordem rocznego przebiegu. Szybko poszło! ;) Teraz mogę więc oficjalnie ogłosić swoje plany, które wcześniej były tylko marzeniem: w 2009 roku zamierzam przejechać 20.009 km ;) Potem na emeryturę ;)

Jeszcze mała impresja z ubiegłotygodniowej wycieczki na Górę Kamieńsk, a mianowicie Dziura.

KWB Bełchatów

Krawędź Dziury leży na wysokości ok. 200 m npm, tymczasem dno - wg Google Earth na wysokości 20 m. Prawdopodobnie obecnie już głębiej. Niedługo się dokopią do morza! :o Szkoda że nie można sobie zrobić podjazdu z dna Dziury na szczyt Góry Kamieńsk ;)

KWB Bełchatów
niedziela, 09 sierpnia 2009
Pikuś z Przodkiem, ale za to prawie bez tyłka ;)

Pomysł zrobienia w tym roku 400 km w ciągu doby chodził mi po głowie już od roku zeszłego. Ale że w czerwcu, kiedy pora teoretycznie najlepsza po temu (najkrótsze noce), jakoś się nie zebrałem, a w lipcu byłem na wyprawie, to już się niemal wewnętrznie pogodziłem z faktem, że trzeba to przełożyć na rok przyszły. Wszelako w ostatnią środę przyszło mi do głowy, żeby jednak spróbować. Jest dobra, stabilna pogoda (raczej odmiennie niż było w czerwcu ;) noce jeszcze nie takie długie (ok. 8 godzin ciemności), no i po wyprawie jestem w życiowej formie. Zaplanowałem, przygotowałem się, zarywając sporą część poprzedniej nocy przy brydżu i śpiąc "na zapas" w ciągu dnia kilka godzin przed startem i wyruszyłem w piątek o godz. 21. Była pełnia...

W nocy, odmiennie niż twierdziła prognoza, ale za to zgodnie z wieloletnimi obserwacjami, było bezwietrznie. Też dobrze. Miało wiać w plecy, ale niech tam! Trochę męcząco leci się w nocy drogą nr 14, bo jednak TIRów sporo. Pierwszy krótki postój w Łasku - teraz zjeżdżam na boczną drogę na Widawę, w której drugi postój. Jedzie się świetnie - księżyc przyświeca, lampka też całkiem skutecznie, droga pusta, nie wieje. Żyć nie umierać.

W Wieluniu, tuż za trzecim postojem, stuka mi pierwsza setka. Machnąłem ją w 4h wliczając postoje! :D Od niechcenia zastanawiam się, czy to trochę nie za szybko i czy nie przyjdzie mi za to tempo (średnia ok. 28) później zapłacić... No, ale tak dobrze się leci, mamo... ;)

Kolejny postój w Kluczborku i już mam system: zatrzymuję się przy ławkach, zdejmuję buty i na chwilę się kładę. Nie dlatego, żebym był senny – po prostu stwierdzam, że w ten sposób nie pracują żadne części ciała potrzebne podczas jazdy. Zdjęcie butów pozwala natomiast zapobiec drętwieniu stóp, które mnie z reguły dopada na dłuższych dystansach – zwłaszcza w SPD. Na szczęście nie jest bardzo zimno – najniższa zanotowana temperatura to 9,4 stopnia, więc nawet na postojach (średnio po 10-12 minut) nie zdążę zmarznąć :)

Wreszcie o 4:15 rano docieram do Opola – myślę sobie „dobra nasza, 180 km w 7:15 godzin – nieźle!). Tuż za miastem zastaje mnie świt i... objazd na planowanej trasie! Hmm... dodatkowe kilometry mi chyba niepotrzebne – walę prosto na zamknięty odcinek – chyba się przebiję...? Przebiłem. Co prawda pół kilometra ryłem w piachu pod lekką górkę, ale chyba jednak mimo wszystko na tym wygrałem, bo objazd wyglądał z mapy na dość długi.

Prudnik. Wyliczyłem sobie, że jeśli będę tu o siódmej, to powinienem zdążyć na pociąg o 21:30 z Kłodzka przy założeniu, że górach dam radę jechać ze średnią 20 km/h i nie przesadzę z postojami. Sporo tych warunków... No, ale pierwszy niemal spełniony: w Prudniku jestem o 7:05. Walę na Głuchołazy. Zgodnie z przewidywaniami w dzień zaczyna wiać. Niestety – wbrew prognozom nie z północo-wschodu-wschodu, tylko z... południowego zachodu! No shit – niemal dokładnie w pysk!! Na szczęście wieje póki co słabo. Ale nie nastraja mnie to pozytywnie, oj nie nastraja...

W Głuchołazach, po 250 km, decyduję się na ciut dłuższy postój – trzeba wreszcie zjeść coś konkretniejszego (bułka, parówka – dotąd jadłem tylko słodycze) i uzupełnić zapas wody i soku. Staję przy Biedronce. Jest ósma rano i już robi się upał...

W Czechach na dzień dobry jest podjazd. Wyprzedza mnie trójka kolarzy amatorów. Jadą tylko ciut szybciej niż ja, więc przez chwilę próbuję dotrzymać im koła, ale jednak te 2 km/h pod około pięcioprocentową górkę robią różnicę. Odpuszczam – nie chcę się przemęczyć. Za chwilę i tak mam swoją satysfakcję, bo doganiam sporą grupkę rowerzystów, w tym kilka dziewczyn. Kręcą dzielnie pod górkę, ale i tak po chwili zostawiam ich z tyłu. Dwóch próbuje dotrzymać mi tempa, jeden nawet wyprzedza, gdy górka wyostrza do ośmiu procent, ale po chwili już stoi i dyszy, a ja spokojnie mijam wypłaszczenie i jadę dalej : ) Ale fajni ci Czesi – tak się wybrać w kilkanaście osób (nie kolarzy) na wycieczkę rowerową po górach – kurczę, zazdroszczę im, że mają tylu zapalonych rowerzystów! W ogóle w Czechach przez cały czas spotykam mnóstwo bajkerów – porównując z Polską ma się wrażenie, jakby się przeniosło na inną planetę. Nie liczyłem, ale momentami wydawało się, że rowerów było więcej niż aut. Ech...

Tymczasem podjazd ciągnie się bez większych przerw aż do Vrbna pod Pradedem, gdzie i ja chwilę odpoczywam. Dalej do Karlovej Studanki znów pod górę, a tam już się zaczyna właściwy podjazd na Pradziada. Wchodzę w niego z marszu. Znak ostrzega przed 12% nachylenia na odcinku 6 km. Jak zwykle jest to wierutna bzdura. Co prawda rzeczywiście jest 6 km do pierwszego wypłaszczenia, ale procent średnio raptem 7,5 i to bez istotnych różnic w nachyleniu. Ot, siedem do ośmiu przez cały czas. A do tego świetna nawierzchnia i droga bez agrafek, tylko lekki zakręt od czasu do czasu, bo szosa trawersuje stromy stok. Świetnie poprowadzona!

Tu już jest bajkerów na kopy!! Wyprzedzam między innymi gościa na trójkołowej poziomce z lusterkiem wstecznym przymocowanym do głowy (nie do kasku, tylko na opasce bezpośrednio do głowy!), a mnie wyprzedza kilku kolarzy. Tempo mają dla niewyobrażalne. Ja jadę ok. 9 km/h, a oni – tak na oko – ze dwa razy szybciej. Uch... Na podjeździe robię jeden krótki postój dla pogłębienia oddechu, a potem już cięgiem przez tłumy kłębiące się pomiędzy schroniskami usytuowanymi na ok. 1200 m a szczytem. Wygląda na to, jakby pół Czech przyjechało tu na spacer bądź na rower! :) Co to będzie na zjeździe...? Stąd też pogarsza się nawierzchnia, aczkolwiek wciąż jest to lity asfalt, jeno nieco dziurawy.

Pradziad spod schronisk

Tuż pod szczytem wyprzedzam kilkoro ostatnich rowerzystów i już. Schronisko szczytowe. Luda kupa. Niezbyt fajnie w związku z tym, ale przynajmniej ma mi kto zrobić fotę ;)

Na szczycie Pradziada

Fajny jest też pomysł, żeby na szczycie wypożyczać takie śmieszne duże hulajnogi, na których ludzie sobie zjeżdżają. Sam kiedyś chciałem otworzyć tego typu biznes na Morskim Oku, ale u nas by to raczej nie przeszło, boć to wszak Park Narodowy i na rowerach nie wolno... Za to konie srać mogą, ile wlezie :p

Na szczycie Pradziada

No, w każdym razie o 12:20 wysyłam SMS to Transatlantyka, że Pradziadek (i zarazem pierwszy BIG) padł i o po przebiórce w suche i cieplejsze (na podjeździe się oczywiście spociłem, a teraz zrobiło się pochmurno i chłodno, jest raptem 17 stopni) rozpoczynam zjazd. Nawet nie jest tak źle – lawirując wśród tłuszczy i nie przekraczając 40 km/h zjeżdżam dość pewnie i tylko kilka razy muszę się wydrzeć „pozor!!!” na tłumoków, co ławą suną, zajmując całą (niemałą) szerokość szosy. Od schronisk robi się znacznie przyjemniej – asfalt prawie idealny, a droga pusta. Składam się w lemondkę i niemal nie schodzę poniżej 60 km/h, bo i zakrętów ostrzejszych jest bardzo mało, a agrafek zero. Bajeczny zjazd! Tam też wykręcam maksa wycieczki, a średnia wzrasta mi w ciągu 10 minut o 0,5 km/h mimo, że właśnie stuknęło mi 300 km trasy :) (przy takim dystansie nie jest łatwo ruszyć średnią w którąkolwiek stronę - za duży mianownik - a już podwyższyć ją graniczy zwykle z niemożliwością)

Z Kralovej Studanki znów pod górkę i cieplej. Rozbieram się i z marszu wjeżdżam z 800 m na bezimienną przełęcz 1041 m. Nawierzchnia kiepska, ale na zjeździe daje się jechać 40-45. Za chwilę następny podjazd: z 750 na 930. Na przełęczy Videlsky Kriż zatrzymuję się tylko na fotkę i pędzę dalej. W Belej pod Pradedem jestem tuż po godz. 14. Dwie przełączki w 1,5h; nieźle ;)

Na Przełęczy Videlsky Kriż

No, ale teraz przede mną drugi BIG - Červenohorske Sedlo oraz dość silny już teraz i kołujący wiatr. Jednak podjazd okazuje się równomierny i dość łagodny, a wiatr raz pomaga, raz przeszkadza. Średnio 6-7% - 450 m przewyższenia wciągam bez zatrzymania.

Na Przełęczy Czerwonogórskiej

Na górze fotka i lecę dalej; przede mną długi zjazd do Šumperka położonego ciut powyżej 300 m npm. W Velkich Losinach zatrzymuję się przed barem i szybko zjadam gulasz z bułką. Uff, potrzebny mi był jakiś solidniejszy posiłek! Przy ruszaniu udaje mi się załapać za traktor ciągnący 40 km/h – jedzie się bajecznie, ale krótko, po jakichś 3 km traktor odbija. Jednak od tego miejsca wiatr wiejący generalnie z kierunków południowych zaczyna wreszcie pomagać. Aż do Olšan lecę jak szalony – 30 praktycznie nie schodzi z licznika, a najczęściej jest to 35-40. Jednak pod koniec tego odcinka zaczyna się już podjazd. Nie jest ostro – 3-5%, ale prędkość oczywiście spada. W głowie kalkuluję swoje szanse zdążenia na pociąg o 21:35 z Kłodzka. Są mizerne – co prawda średnia 20 km/h po górach jest utrzymana (głownie dzięki szalonemu odcinkowi od Velkich Losin), ale ewidentnie za długo zeszło mi na postojach (mimo że ograniczyłem je do minimum) i teraz albo pora grzać prawie ciągiem albo zrezygnować z nocnego powrotu do Łodzi i pogodzić się z noclegiem w Kłodzku. O godz 17:40 w Červenej Vodzie metodycznie przeliczam raz jeszcze kilometry na potrzebny na ich pokonanie czas (przede mną m. in. podjazd na ostatni BIG) i stwierdzam, że jednak mam szansę zdążyć. A więc w pedał!

Na Suchym Vrchu

Na Suchym Vrchu melduję się o 18:20. Podjazd okazał się łatwy – 6 km około pięcioprocentówki, potem 3 km trzyprocentówki i ostatni kilometr to ok. 7-8%. Jedynym problemem okazały się roje much – kompletnie uprzykrzyły mi ostatni odcinek, z olbrzymim trudem się od nich oganiałem. Najbardziej pomagała jazda na stojąco, ale nie dałem rady w ten sposób pokonać całego podjazdu ;) Na ostatnim kilometrze stuknęło 400 km wycieczki. Hurra, dałem radę!!! :D

Na Suchym Vrchu

Szybkie foty, przebiórka, bo zaczeło się już ochładzać i pędzę z powrotem. Zjazd średnio szybki, bo najpierw kiepski asfalt, a potem agrafki, ale tuż po 19 jestem z powrotem w Czerwonej Wodzie. Wysokość 540 m, a Kłodzko leży na 300. Mam przed sobą ok. 55 km i niecałe 2,5 godziny... Jeśli nie będę miał jakiejś awarii to dam radę! Zresztą, jak nie ja to kto?! ;)

Odcinek przez Borikovice okazał się nieźle pagórkowaty, ale oto już z rozpędu lecę przez granicę i widzę drogowskaz: Kłodzko 43. Mam dwie godziny – dobra nasza! Do Międzylesia głownie w dół, a w samym miasteczku wredna kostka. Dwa kilometry dalej staję, żeby założyć lampki (słońce powoli chyli się ku zachodowi) i chwilę odsapnąć. Zostało mi 35 km i ciut ponad 1,5 h. Żeby zdążyć spokojnie kupić bilet, to teraz już trzeba cięgiem. Pędzę. Gdy tylko jest choćby minimalnie dół, 35 nie schodzi z licznika. Niestety dość często jest pod górę i to miejscami dość ostro. Ot, takie trzydziestometrowe hopki do 7% nachylenia. Droga bardziej w czeskim stylu niż te, którymi jechałem w Czechach! Oczywiście to spowalnia, ale Kłodzko się nieubłaganie przybliża. Bystrzyca. Jeszcze 15 km i godzina z kilkoma minutami. Zdążę!

Wreszcie wpadam do miasta. Odrobinkę błądząc, przelatuję je praktycznie całe i wreszcie rozpoznaję okolice dworca głównego. Jest godzina 20:58, kiedy zajeżdżam przed budynek dworcowy. Udało się!!! : )))

Nie zaprzeczę, zmachany jestem solidnie, ale widać, że były i rezerwy, skoro dałem radę tak przycisnąć pod koniec. Uświadamiam sobie, że gdybym musiał, to i do 500 bym dociągnął... Chociaz nie wiem - tyłek boli masakrycznie. No, ale na szczęście (niestety? ;) nie muszę, bo pociąg odjeżdża właśnie stąd. No trudno, wsiadam ;)

Powrót trochę z przygodami, bo pociąg opóźnił się o prawie 2h z powodu potrącenia kogoś, kto szedł po torach (!!), ale wreszcie o 7:30 docieram do domu. Teraz już naprawdę czuję tę trasę w nogach – chyba wszystko mnie boli ;) Spaaaać...

Na Suchym Vrchu

Podsumowanie: Oczywiście rekord życiowy (464,5 km, szczegóły trasy i statystyka). Nie tylko dystansu, ale i sumy podjazdów, a także liczby BIGów zaliczonych w ciągu dnia (3). Ładnie podeszły, że były blisko siebie ;) Czas jazdy i postojów łącznie: 23h 58m. Muszę przyznać, że udało mi się pięknie uKORONować niezwykle udany sezon :)

środa, 29 lipca 2009
Wróciłem!

Schudłem 7 kg, wyglądam jak cień ;)

Oetztal Arena - 2800 m

Ale mam już pomysł, jak się z tego wyleczyć. Może...?

Miejscowość Pivka w Słowenii

PS. Reszta fotek, film i relacja, kiedyś, gdzieś... A dla niecierpliwych wyprawa Balkalpin 2009 w pigułce:
Całkowity dystans: 4.041,30 km
Całkowita suma podjazdów: 47.382 m
Całkowity koszt: 2.400 zł
Najdłuższy dystans dzienny: 213,47 (rekord życiowy z pełnym bagażem)
Największa prędkość: 74,5 km/h (rekord życiowy)
Największe wyzwanie: Malga Palazzo (podołałem!!!)
Największe negatywne zaskoczenie: ceny w Chorwacji i tarantula (lub coś podobnego) w Kosowie

sobota, 27 czerwca 2009
Balkalpin 2009 czyli Twarde Podbrzusze Europy ;)

No to przyszła pora ogłosić Nowinę: dziś wyruszam na Wyprawę! :D Najdłuższą i najpoważniejszą wyprawę rowerową w moim życiu, więc mam wrażenie, że jest co ogłaszać :) Wraz z Michałem Wolffem wyruszamy na miesięczną trasę przez pół Europy, gdzie zmierzymy się z najpoważniejszymi podjazdami naszego kontynentu... Będzie ostro! :)

Trasa wymyślona przez Michała koncentruje się na atrakcjach zdecydowanie górsko-szosowych. Wiedzie przez Niemcy (w tym dość przerażający Nebelhorn, Austrię (w tym najwyższa szosa Alp - Oetztal Arena), Włochy, a w nich Dolomity ze słynną Malga Palazzo uznawaną za najtrudniejszy podjazd Europy, znanym z Giro d'Italia wsciekle trudnym Monte Zoncolan i podjazdem pod przesławne Tre Cime di Lavaredo na czele.

Tre Cime di Lavaredo

Potem pomkniemy przez Słowenię, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, ponownie Chorwację, ponownie Bośnię i znów Chorwację (krótko mówiąc, za drugim razem trzeba przeciąć ten cieniuteńki pasek Bośni, który dochodzi do wybrzeża Adriatyku), odwiedzimy piękne miasta Dubrovnik i Kotor, aż wreszcie Czarnogórę, Kosowo, Albanię i Macedonię.

Dubrovnik
Tutaj prawdopodobnie się rozdzielimy i Michał pojedzie zwiedzać albańskie bezdroża, a ja spróbuję przez Bułgarię, Rumunię (Szosa Transfogaraska), Węgry i Słowację wrócić do Polski. Ze względu na ograniczenia czasowe prawdopodobnie z Węgier pojadę już pociągiem. Mój powrót planowany jest na 26 lipca, Michał chce być z powrotem 31 (pociągiem z Baru w Czarnogórze). Trasa powinna się zamknąć w jakichś 4.000 km...

Przybliżona trasa wyprawy

Jak widać, nie zamierzamy się oszczędzać, więc trzymajcie kciuki! ;)

PS. jeszcze wypadałoby wyjaśnić, skąd ten dziwny tytuł wpisu. Jakoś tym razem nazwa wyprawy nie narzuciła mi się automatycznie jak poprzednio (choć dla przyszłorocznej mam już gotową wystrzałową nazwę! :p). Starałem się więc wymyślić coś sensownego, acz - jeśli to możliwe - zabawnego i propozycje były trzy: Balkalpin, Alpania oraz Twarde Podbrzusze Europy właśnie. Wygrała pierwsza jako najbardziej czytelna, ale ze trzecia ma też swój urok, więc jakoś nie chcę jej pozostawić w całkowitym zapomnieniu. Na czas mojej nieobecności ogłaszam więc konkurs bez nagród. Pytanie konkursowe brzmi: do jakiej i czyjej słynnej wypowiedzi ta nazwa nawiązuje i dlaczego pasuje do tej właśnie trasy? :)
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
ZaliczGmine.pl button stats bikestats.pl Moje tegoroczne wycieczki Moje zeszłoroczne wycieczki