tutaj znajdzie się to, co nie może aspirować do miana wypraw, a mimo to jest warte mszy. oraz nowości.
Kategorie: Wszystkie | !Rower | !Wspin | Góry | Inne
RSS
wtorek, 24 marca 2009
Witajcie w kraju, gdzie zadyma trzyma! (vol. 2)
Zadymka nad Łodzią dziś po południu

Właściwie na usta cisną się wyłącznie słowa powszechnie uznane za kurwa mać!

Zadymka nad Łodzią dziś po wieczorem
poniedziałek, 23 marca 2009
Sieradze pospieszyć!

W sobotę miałem trochę mało czasu, więc wyszła szybka wycieczka do Sieradza głowną, a z powrotem przez Rossoszycę i Szadek. Wynik świetny, średnia 27,66 km/h a z postojami 25,1 km/h :D i to mimo silnego zachodniego wiatru. Po drodze przekonalem się, że do Czech to ja faktycznie mam za darmo...

Czechy pod Zduńską Wolą

... a że do Sieradza wiało ostro w pysk...

Sieradz

... więc miałem drogę przez Mękę.

Sieradz-Męka
Sieradz-Męka

Na szczęście jak w Rossoszycy wykręciłem i jechałem już na wschód, to śmigało się bajecznie i rzadko poniżej 30km/h :) W Kwiatkowicach na Schwinnkę spłyneło dzięki temu 18 łask...

Drogowskaz 18 Łask
niedziela, 22 marca 2009
Highway to Health

Podwójna ścieżka donikąd. Łódzki park na Zdrowiu. Krótko mówiąc: Highway to Health.

Park na Zdrowiu

Ech, wiosny, wiosny!!

piątek, 20 marca 2009
Z cyklu Poznań swój kraj: teraz Polska!

Nie można ciągle jeździć, kiedyś trzeba też pić! :p

wódka, syrop malinowy i tabasco

Bo żadna to sztuka chodzić po wodzie, prawdziwy wyczyn to jeździć po wódzie! O! ;)

wtorek, 17 marca 2009
Z cyklu Poznań granice swych możliwości

Nazajutrz po jeździe do Poznania, czyli dokładnie w ostatnią niedzielę przyszła pora wracać. Droga daleka, więc wyjechać wypadało wcześnie, ale jakoś się nie chciało (zwłaszcza po wczorajszym piwku) i tak wyruszyłem sprzed Tatankowego domu dopiero o godz. 8:45. Wyruszyłem w mżawce.

Pierwszy fragment wiódł na ulicę Młyńską po Natalię. Czekała, nie zapomniała! ;) Dalej razem pomknęliśmy przez deszczowy Poznań (znów od jednego rzutu oka na plan - od czego ja mam chwilowo taką dobrą pamięć?! ;) via Malta i dalsze okolice ku ulicy Darzyborskiej (Darz bór!! :), która miała nas wyprowadzić do miejscowości Tulce. Postanowiłem bowiem wracać bocznymi drogami, co miało mieć tę zaletę, że ruch mniejszy (co podczas deszczu robi się stosunkowo ważne, bo na ruchliwych ulicach chlapią), a i bliżej ciut być powinno.

Jak wiadomo jednak, "kto drogi prostuje, ten w błocie buksuje" i tak ul. Darzyborska okazała się gruntówką. Natalia wprawdzie nieśmiało sugerowała, żeby tamtędy jechać, ale ja byłem twardy ;) Objechaliśmy ul. Borówki. W Tulcach krótki postój w sklepie i już jedziemy dalej. Ściślej: błądzimy dalej. Drogowskazy, dotąd ogłaszające drogę na Środę Wlkp., nagle zastąpiono takimi na Krzyżowiki czy na Nagradowice i oczywiście po dojechaniu do tych pierwszych okazało się, że trzeba było jechać na te drugie :p Brawo polscy drogowcy! Cofnęliśmy się więc do Nagradowic i tu Natalii przyszła pora wracać. Machnęliśmy rozchodniaczka na wiadukcie nad autostradą (kolejny powód by czuć sentyment do tego typu miejsc ;) i dalejże, hajże!

Natalia i Miki nad autostradą

Wkrótce po rozstaniu okazało się, że teren znów nie zgadza się z mapą, a ja zamiast być gdzieś w połowie drogi do Konina nadal tkwię pod Poznaniem. Trafił mnie przeto szlag i postanowiłem wracać na główną. Trudno, niech chlapią, przynajmniej nie będę błądził!

W Kostrzyniu znalazłem się na mojej ulubionej dwupasmówce. Nie chlapali :)
Za to dotarło do mnie, że jest już po godz. 11, a przede mną na pewno więcej niż 200 km. O ile więcej? Nie wiedziałem, bo dziś nie miałem jechać naoKoło, ale jednak więcej. A do zmroku raptem siedem godzin... Czyli i tak bez szans, żeby zajechać za dnia.
Wtedy postanowiłem przestać się spieszyć, a zacząć czerpać przyjemność z jazdy.

O dziwo, po około godzinie auto-indoktrynacji udało się! Już od Wrześni jechało mi się - mimo mżawki - dobrze i optymistycznie. Nie bez wpływu był tu wiatr, który z południowego (w godzinach porannych) sukcesywnie coraz bardziej wykręcał ku zachodniemu. Był raczej słaby, ale zdecydowanie pomagał. Tego dnia bóg był cyklistą ;)

Mój cień oparty na lemondce

W Koninie zaczęło nieco mocniej padać, a mnie pozytywnie zaskoczył drogowskaz "Łódź 99". Spodziewałem się jakichś 115, więc psychicznie odżyłem. Inna sprawa, że była już godzina 15:30...

Dalsza droga bez historii. Coraz większe zmęczenie. W Uniejowie się ściemniło. Przed Poddębicami zaczęło serio padać. W Aleksandrowie poczułem zew domu. Drzwi zamknąłem za sobą o godz. 21:00 - z nóg padający, mokry (choć nie przemoczony), ale szczęśliwy. Za 487 km przejechane w dwa dni zostałem nagrodzony takim oto widokiem:

aard przejechał najwięcej w marcu, wczoraj i dziś

To był dobry wypad! :)

poniedziałek, 16 marca 2009
Z cyklu Poznań swój kraj

Ostatni weekend spędziłem w (nowym) siodle. Było ostro: do Poznania i z powrotem.

W drogę "tam" ruszyłem pełen dobrych chęci i pozytywnych myśli. Zwłaszcza, że wiało z południa, a po porannym mrozie (na rogatkach Łodzi - przy kładce na Nerze w Łaskowicach - zanotowałem minus 1'C) dość szybko, bo już za Kazimierzem przyszła słoneczna pogoda z temperaturami rzędu 5-7'C. Do Koła, gdzie 'w samo południe' miałem umówione spotkanie z Vagabondem zleciało jak z bicza strzelił. Dość powiedzieć, że średnia przekroczyła 29 km/h :D

Dalej jechaliśmy już nieco spokojniej z wiatrem bocznym lub tyłobocznym, sympatycznymi opłotkami najpierw do Świętego, gdzie natrafiliśmy na Kopczyk Kościuszki...

Vagabond pod kopcem Kościuszki ;) w Świętem
Kopiec Kościuszki ;) w Świętem

... a potem aż do Konina, przy czym fragmentem ominęliśmy miasto (przez Wolę Podłężną i Rudzicę), co było bardzo pozytywne, gdyż pozwoliło zapomnieć o industrialnym klimacie, a docenić łagodne pagórki i piękne bukowe lasy okolicy położonej tuż na północny wschód od nadwarciańskiego grodu. W końcu jednak zameldowaliśmy się w mieście, żeby wylecieć dalej na głowną trasę nr 92 na Poznań. Ale przedtem był postój na stacji benzynowej i foty.

Vagabond i Miki

Dalsza trasa bez historii - ruch umiarkowany, przez większość czasu pobocze, wiatr - choć boczny - niezbyt doskwierał. Przyjemnie się płynęło i gawędziło. W Słupcy, na zakończenie wspólnej z Vagabondem jazdy, okazało się, że oferta ZREMBU zawsze na czasie! Na zdjęciu wózek nieledwie widłowy (za widły robi lemondka).

Zakłady ZREMB w Słupcy

Dla tych, którzy nie wiedzą, o co chodzi, wstawiam wyjaśnienie, zaś dla mych równolatków i starszych (którzy świadomie oglądali telewizję we wczesnych latach dziewięćdziesiątych) będzie to Dawnych Wspomnień Czar ;)

Ze Słupcy - znów samotny jeździec bez głowy na samotnej Schwinnce bez ramy ;) - pognałem dalej. Przed oczami mignęły mi: Września i Nekla, a potem już tylko reflektory mi migały, bo przed Kostrzynem zrobiło się ciemno. Na szczęście od Wrzesni była rewelacyjna dwupasmówka (bez zakazu dla rowerów) z szerokim poboczem i przez większość czasu świetnym asfaltem. Ruch spory, ale jechało się genialnie, zwłaszcza, że wiatr wykręcił na południowo wschodni. Jedynym minusem tej drogi było zalegające od czasu do czasu na poboczu szkło. Dopóki było widno, starałem się omijać, potem przestałem się przejmować :p

Według pierwotnych planów gdzieś po drodze (najdalej na rogatkach Poznania) miała mnie zgarnąć Tatanka, ale że zachorzało Biedactwo, więc byłem skazany na siebie. Co nie przeszkodziło mi po jednym rzucie oka na plan wykonanym na głębokich peryferiach, zajechać prosto pod jej dom na Jeżycach, czym nawet samego siebie zaskoczyłem :)

Potem było z dawien dawna oczekiwane spotkanie, pyszne vegeżarcie (ach ten słonecznik w sałatce!) i obowiązkowe mycie (Tatanka chyba ze cztery razy kazała mi iść się wykąpać, zanim posłuchałem :p).

Wreszcie przyszła pora iśc "na miacho", gdzie już byliśmy umówieni z Natalią z forum sakwiarskiego. Wieczór w ZAKu niespodziewanie przeciągnął się do północy, a zakończył na Moście Teatralnym umową, że jutro Natalia wyrusza rano ze mną. O godz. 9:00 miałem być na Młyńskiej. Po powrocie na Jeżyce marzyłem już tylko o łóżku...

Ciąg dalszy nastąpi.

czwartek, 12 marca 2009
Witajcie w kraju, gdzie zadyma trzyma!

I marsza ładnie gra orkiestra - ekstra!*

Zadymka

I jesli mam być szczery,
a ja od dzisiaj chcę być szczery,
to jest niemiły fakt!

* Lech Janerka

poniedziałek, 09 marca 2009
Rekord out of the blue

Miała być ambitna wycieczka okrężną drogą do Włocławka i powrót pociągiem. Taka była idea Wilka i tak miała być realizowana. Z czasem przyszła refleksja, żeby zamiast płacić za pociąg powrotny, zapłacić za nocleg w schronisku PTSM, a wrócić nazajutrz rowerem. Z takim planem pojechałem na spotkanie Wilka (stanęła umowa: o 13:00 w Sannikach).

Po chwili (6,5 km po mieście) już wracałem. Nawaliło mi siodełko! :o W domu szybka wymiana na to z Authora i znów w drogę. Finalnie wyjechałem o godz. 8:30 - dokładnie godzinę później niż planowałem...

Do Sannik jechało się nie za fajnie, bo wiało w twarz (wprawdzie lekko, ale jak to zwykle bywa - upierdliwie) i była mżawka - od Strykowa urozmaicana niekiedy śniegiem. A wszystko to w sobotę, ośle!

Drogowskaz; Piątek koźle

W związku z tym po pierwszej setce i spotkaniu Wilka w Sannikach (gdzie spóźniłem się o 10 minut, Michał zaś czekał niemal godzinę! :o) nastrój miałem niezbyt bojowy. Na dodatek podczas jedzenia na przystanku (brak baru w całym miasteczku!) koszmarnie zmarzłem. Nie pomogło nawet siedem borówek.

Drogowskaz; 7 Borówek

Ale cóż to jednak znaczy dobre towarzystwo (a może zmiana kierunku i chwilowy koniec walki z wiatrem? A może pełny żołądek? A zapewne wszystkie te kwestie naraz ;) - po kilku kilometrach i rozgrzaniu się, odżyłem.

Stary most w Płocku

Ciągnęliśmy z Wilkiem równo aż do Płocka, tutaj zatrzymaliśmy się na zdjęcia pod katedrą oraz kawę/herbatę w pobliskiej pizzerii. Do Włocławka pozostawało 60 km i zbliżała się godz. 16.

Na Starym Miescie w Płocku
Na Starym Miescie w Płocku

Na pierwszym odcinku wiatr trochę przeszkadzał, bo zrobił się jakby północno-zachodni, ale za to po pierwsze przestało padać, a po drugie przed Dobrzyniem wykręciliśmy nieco na południo-zachód i było już git, i jechało się naprawdę przyjemnie z wiatrem z tyło-boku. Na tamę Jeziora Włocławskiego zjechaliśmy krótko po zmroku (piękny zjazd - prędkość maksymalna trasy - tak szybko po ciemku jeszcze na pewno nie jechałem! ;)

Przez miasto przeprowadził nas GPS i już jesteśmy na dworcu. Podziękowaliśmy sobie za świetną wycieczkę, Wilk wsiadł do pociągu do Wawy i tyle go widziałem ;) Ja zaś po konsultacji z domem w sprawie prognozy na jutro i decyzji, że warto zostać, pojechałem na ul. Mechaników do znajomego schroniska PTSM. Po drodze stuknęło mi 215 km trasy.

Michał Wolff

W schronisku pan recepcjonista był miły, ale stanowczy: miejsc brak. Mogę jechać do drugiego schroniska na ul. Łęgską.
- A tam będą miejsca?
- Bęęędą.
No to pojechałem. Okazało się, że jest to po drugiej stronie miasta i że przejeżdżaliśmy pod tym schroniskiem, jadąc na dworzec. Może gdybym o tym był wiedział, wstąpiłbym zapytać o miejsca... a tak, to miejsc brak!! Są jakieś zawody koszykarskie i schronisko jest pełne zorganizowanych grup. Pani jednak przejęła się moim losem i zaczęła dzwonić po znajomych pensjonacikach z cenami podobnymi do schroniskowych (to PTSM kosztuje już 30 zł?!) w sprawie miejsc.

Ona dzwoniła, a we mnie kiełkowała decyzja... Skoro we Włocławku mnie nie chcą, a ja mam i tak z samego rana jechać do Łodzi "jedynką"... to po co czekać do rana? Teraz i ruch będzie mniejszy, i wiatr idealnie w plecy (nazajutrz miał skręcić na północno zachodni - też dobry, ale już nie idealny), i nie pada, no i byłby to rekord...

Pani mi w końcu znalazła miejsce, ale ja - skorzystawszy u niej z możliwości przebiórki w czyste rzeczy (w tym zakupione przedwczoraj w Lidlu pierwsze w moim rzyciu ;) gacie z "pampersem" - uratowały mi tyłek!! ;) - już nawet tam nie pojechałem. Pogrzałem prosto do trasy nr 1 i do domu. Na wylocie z Włocławka była godz. 20:30, a ja miałem przejechane 222 km...

Jedynka sobotnią, bezksiężycową nocą jest drogą dość przyjazną dla rowerzysty (okazało się, że jednak księżycową, jeno zachmurzenie 100% odebrało możliwość dowiedzenia się, że była niemal pełnia - późniejszy przyp. aut.). Po pierwsze, ma szerokie pobocze z rzadka tylko usiane dziurami - mając przyzwoitą lampkę i zachowując czujność, można je omijać nawet kiedy jest się wyprzedzanym. Po wtóre, tych wyprzedających nie było znów tak wielu, ot 2-3 auta na minutę, po trzecie naprawdę wiało mi idealnie w plecy. Mimo ciemności i zmęczenia ciąłem więc równo, sądząc po przełożeniach i kadencji średnio ok. 26-28 km/h (brak podświetlenia licznika pozwala się tylko domyślać osiągów). A momentami zdrowo powyżej 30 i to bynajmniej nie na zjazdach!

Na co trzeba uważać, jadąc tamtędy po ciemku? Na przystanki PKS - wcinają się one w pobocze krawężnikiem i grubo ciosaną kostką - gdyby wpaść przy pełnej prędkości na taki krawężnik, to raz, że wywrotka, a dwa - pęknięta obręcz. Na szczęście jakoś widać te przystanki z daleka (jako ciemniejszą plamę wśród ciemności :p). Trzeba też baczyć, którą stację benzynową wybiera się na postój (więcej niż siku w szczerym polu grozi wymarznięciem, trzeba było robić postoje w cieple). Otóż niektóre z nich są imprezowniami dla miejscowej - niezbyt wysokich lotów - młodzieży. Ja trafiłem na taką jedną. Przetrwałem, nawet nie było groźnie, ale na pewno mniej przyjemnie niż na szosie :p

Tuż za Krośniewicami znów zaczęło padać. Początkowo to zignorowałem, ale kiedy minąłem Łęczycę, a śnieg z deszczem nie ustawał, postanowiłem jednak założyć kurtkę :p Oczywiście do tego momentu byłem już przemoczony, ale od czegóż jeszcze jedna czysta kolarska koszulka na zmianę? :) To był chyba najdłuższy popas w drodze powrotnej - grzałem się na stacji z pół godziny, a koło mnie dwóch wioskowych panów w tym czasie wywaliło ponad 200 zł na jednorękiego bandytę...

Wreszcie, tuż po północy, znów jechałem. Przez chwilę nawet nie padało i już zaczynałem żałować swojej przebiórki, kiedy sypnęło zdrowiej. W Ozorkowie padł rekord życiowy (stuknęło 304 km), a kurtka była idealnie mokra (oczywiście z zewnątrz - trzeba czegoś więcej niż siąpienia, żeby przemoczyć goretex ;) Spodnie (jak najbardziej przemakalne) oczywiście też. Ale że to syntetyczne skiny z długą nogawką, więc wciąż grzały. O dziwo buty przemiękły mi ostatecznie dopiero na rogatkach Zgierza :p

Ale wtedy to już było mi wszystko jedno i ciąłem do domu. Choć może to nie najtrafniejsze określenie. Z powodu zmęczenia tempo nieco jednak siadło i kończyłem z prędkościami rzędu 21-23 km/h. Przez całą Łódź śmignąłem z zaledwie jednym postojem na światłach - nic dziwnego, była godzina druga w nocy. Przejeżdżając obok "mojego" parku, pozwoliłem sobie na głośny okrzyk radości. Jeszcze rundka honorowa wokół bloku (żeby stuknęło 333 :p) i już ściągałem z siebie mokre ciuchy. SMS że "wszystko w porządku i że ŁAŁ! do Transatlantyka, który jako jedyny wiedział o mojej nocnej jeździe, szybki wpis na BS i spaaaać...

A tak wyglądał rekordzista (333,16 km), kiedy jeszcze nie wiedział, co go czeka ;)

Na Starym Miescie w Płocku

PS. Sam widzę, że zdjęcia szaro-bure i do niczego. Ale to jednak jakaś dokumentacja ;)

niedziela, 08 marca 2009
Dzień Kobiet
Ona kocha diamenty... i kartę podarunkową Manufaktury :p

Wszystkiego najlepszego, Dziewczyny! ;)

czwartek, 05 marca 2009
Zły dotyk boli przez całe mycie
Myjnia bezdotykowa
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20
ZaliczGmine.pl button stats bikestats.pl Moje tegoroczne wycieczki Moje zeszłoroczne wycieczki