tutaj znajdzie się to, co nie może aspirować do miana wypraw, a mimo to jest warte mszy. oraz nowości.
Kategorie: Wszystkie | !Rower | !Wspin | Góry | Inne
RSS
wtorek, 28 kwietnia 2009
SURLY Long Haul Trucker vol. 3

Oto nareszcie, nareszcie jest!! Mili Państwo, Miki prałdly prizentu ju the SURLYYYY Looong Haul Truckeeeer!!! :D

Surly Long Haul Trucker by Miki
Surly Long Haul Trucker by Miki
Surly Long Haul Trucker by Miki

A oto tzw. Centrum Dowodzenia Niczym:

Surly Long Haul Trucker by Miki
Surly Long Haul Trucker by Miki

oraz przygarść szczegółów technicznych dla zainteresowanych. Najpierw w obrazach...

Surly Long Haul Trucker by Miki
Surly Long Haul Trucker by Miki

... a teraz w nazwach i liczbach. Miłej jazdy sobie życzę!! ;)

Surly Long Haul Trucker by Miki
niedziela, 26 kwietnia 2009
Porośnięte biedronki

Biedroneczki są kropeczki...

Mnóstwo TIRów Biedronki

Jakie to szczęście, że Biedronek jest tak Dużo, nie? ;)

A tymczasem dopiero pomiędzy Kamieńskiem a Piotrkowem można dostrzec, jak bardzo porosło...

Zachód Miejscowość Porosło
piątek, 17 kwietnia 2009
Jurra, Jurra, Jurra, Jurra, Jurra, Jurra, hej!

W święta wybrałem się na Jurę. Wypad był rowerowo-wspinaczkowy, ale że fotki ze wspinu nie dopisały (koledzy, kurna!), więc znów będzie o rowerowaniu. Czyli nuuuda.

Wyjazd nastąpił już w piątek o 12:45, po przyspieszonym fajrancie. Myślałem o zahaczeniu po drodze o Górę Kamieńsk, ale wobec dość późnego startu skończyło się na cyknięciu fotki z szosy.

sztuczna Góra Kamieńsk

Okazało się jednak, że pośpiech się opłacił, bowiem na miejsce, czyli do Rzędkowic, zajechałem jako pierwszy z całej ekipy i w rekordowym czasie 7h 15 min (licząc z postojami)! :)

nasz obóz

Potem było już łojenie. Jeśli ktoś zapomniał butów wspinaczkowych, to mógł spróbować sobie jakieś ściągnąć z sieci ;)

buty na drutach
buty na drutach

Mieliśmy też świąteczne ognisko...

ognisko

... i takiego zajączka, na jakiego zasłużyliśmy ;)

Suczka husky imieniem Luka

A w świąteczną sobotę był przepiękny zachód słońca.

Zachód słońca nad pasmem Ostrężnika
Zachód słońca nad pasmem Ostrężnika

W niedzielę zaś i w poniedziałek była kiepska pogoda (pochmurno), więc nie będzie więcej fotek :P

PS. Koledzy w międzyczasie zdjęcia przysłali, więc może złożę z tego w wolnej chwili jakiś kolejny wpis ;)

środa, 15 kwietnia 2009
Przestrzeni, wzywam Cię!

W Łodzi jest ulica Przestrzenna. Jest. często na niej bywam, gdyż tamtędy prowadzi dogodny wylot z miasta na południowy zachód. Co ciekawe, ulica ta krzyżuje się sama ze sobą.

Skrzyżowanie ulic Przestrzennej z Przestrzenną

Chów wsobny, jak rozumiem? ;)

Skrzyżowanie ulic Przestrzennej z Przestrzenną

Poza tym, dziś przyszła rama. Rower gotowy do jazdy mam odebrać w poniedziałek. Już nie mogę się doczekać...

Rama Surly Long Haul Trucker

Na szczęście jest wciąż Schwinnka, inaczej nie byłoby co do garnka włożyć ;)

Miejscowośc Garnek
środa, 08 kwietnia 2009
Same Kłodawy pod nogawy! :(

W niedzielę od rana miałem lenia. Lenio przyszedł, usiadł ze mną przed kompem i nie chciał wyjść. Mnie też się w związku z tym (nim?) nie chciało. Dopiero tuż przed południem zdołałem pogonić drania i Schwinnkę w kierunkach północno-zachodnich, gdyż pomyślałem, że słabo znam tereny między Łęczycą a Kołem.

Dość szybko okazało się to kontrowersyjnym pomysłem, jako że wiało z północnego zachodu, czyli centralnie w ryj. Na dodatek z każdą chwilą mocniej. Nie był to wprawdzie żaden huragan, ale wiatr, który siły wypijał równo i odbierał ochotę do jazdy. Na szczęście nie pod sam wiatr człowiek jedzie i w pewnym momencie oczętom mem zdumionem ukazał się taki oto znak:

Podjazd 6%

Dodajmy, ze droga w tym miejscu prowadziła w dół, a za płytką doliną wspinała się łagodnie. Czyżby to tam te 6%?! Pod Łodzią, a konkretnie pod między Łęczycą a Kłodawą? Wow!! Okazało się, że faktycznie podjeździk był niczego sobie i choć licznik za diabła nie chciał pokazać 6%...

Podjazd 6%

... to jednak jak na podłódzkie okolice (a zwłaszcza płaskie tereny na północny zachód od miasta) był to jednak wypas. A za podjazdem oczywiście wiatr uderzył z nową furią...

Wlokłem się więc koło za kołem, noga za nogą, szłapy szłapy, cztery szłapy...

Miejscowość Szłapy

... i myślałem sobie, że Eol rzuca mi same Kłodawy pod nogawy...

Gmina Kłodawa

... aż wreszcie doturlałem się do tych żup solnych,
do tej szosy numer 2 szarawej
daleko nad błękitną Rgielewką rozciągnionej,
po niej gęsto głośne TIRy jadą.

Potem poszło już z wiatrem i jak z bicza strzelił. Nie zatrzymał mnie nawet karmnik deratyzacyjny.

Karmnik deratyzacyjny

To co właściwie te szczury jedzą?!
Przepraszam, muszę lecieeeeć....

poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Jebane komuchy i obiboki!

Czasem pedałujemy z Huann dobylegdzie, jak Lechu przykazał. Tak też sie stało w ostatni piątek. Ale nie byliśmy w Dobroniu, tylko w Bedoniu. Po czym poznaliśmy? Bo było tam Zło.

Jedwabne, Koniuchy i Naliboki

Powiedzieć, że przedstawiona na zdjęciu powyżej teza jest rydzykowna, to za mało. To jest po prostu zafałszowanie historii, a co gorsza - szerzenie ksenofobii i narodowego szowinizmu. No, ale czegóż się spodziewać po Kościele katolickim? Bo zapomniałem napisać, że owa tablica znajduje się tuż obok kościoła w Bedoniu. Jeśli nawet Kościół nie ma z nią nic wspólnego, to sam fakt, że zgodził się na postawienie czegoś takiego tuż obok świątyni świadczy o tym, jakiego radio ma ryja. Amen

Potem podążyliśmy przez różne wiączyńskie i nowosolne opłotki, a trasę kończyliśmy, jadąc ul. Wojska Polskiego obok ASP. I tam na skwerze ukazała nam się standardowa cipa.

Cipa na skwerze

Ciekawe, co za zboczeniec to projektował? I jaki drugi to wykonał, a trzeci za to zapłacił i postawił na widoku publicznym? W każdym razie Huann się rodzi, mocz truchleje.

Cipa na skwerze

A mnie się nawet podoba! ;)

Cipa na skwerze
piątek, 03 kwietnia 2009
Marcowe rekordy

Zakończył się marzec 2009. Rowerowo najefektywniejszy miesiąc kalendarzowy w moim życiu. Pięciokrotnie przekroczyłem dystans 200 km w ciągu dnia (w całym 2008 roku udało się to osiem razy, a wcześniej nigdy), w tym raz machnąłem ponad 300 km i był to zarazem rekord życiowy oraz druga trzysetka w życiu. Mam wrażenie, że jest sie czym pochwalić :)

Przyznam, że na początku minionego miesiąca nic na to nie wskazywało. Po dość leniwym lutym, podczas którego dominowała paskudna pogoda, a ja kilkakroć przymierzałem się do jakiejś dwustukilometrowej wycieczki, ale ani razu nie udało mi się zmusić do wstania odpowiednio wcześnie, miałem poczucie ewidentnego kryzysu motywacji. Nawet fakt skompletowania nowego roweru nie napawał mnie ochotą do jazdy, być może dlatego, że rower został skompletowany zaledwie w teorii i dopiero czekałem na przesyłkę wszystkich komponentow... Na dodatek pod sam koniec lutego przyplątało się przeziębienie. Z nim wyruszałem w pierwszą dluższą trasę (do Warszawy, 28 lutego).

I chyba właśnie ta trasa była przełomowa. Jechało mi się dobrze, a momentami świetnie, pierwszy raz używałem lemondki (i powoli dostrzegałem jej ewidentne już obecnie zalety), a na dodatek przez sporą część drogi miałem wiatr w plecy. Co prawda był i lekki śnieg, ale jakoś nie dał mi specjalnie w kość. Powrót nazajutrz też był udany, o przeziębieniu zdążyłem już zapomnieć, a jazda zaczęła znów mi dawać frajdę.

Z kolei już tydzień później niespodziewanie pobiłem swój rekord życiowy. Miała być pierwsza w tym roku dwusetka a wyszła megawycieka z wszelkimi atrakcjami: przeciwnym wiatrem, śniegiem, deszczem, mrozem, jazdą po ciemku, jazdą z wiatrem. Full serwis normalnie! No, ale skończyło się rewelacyjnie, a ja wyszedłem z tego z przeświadczeniem, że moje możliwości są sporo większe niż dotychczas podejrzewałem. No i dostałem niesamowitego motywacyjnego "kopa"! :)

Wreszcie przyszedł, przesuwający kolejne granice, dwudniowy wypad do Poznania. Przesuwający granice, gdyż nigdy wcześniej nie zrobiłem przez dwa dni z rzędu po ponad 200 km. Tutaj zresztą wyszło prawie 500 w dwa dni, co z całą pewnością jest kolejnym moim rekordem. Ostatnia dwudniówka w Góry Świętokrzyskie nie była już wyczynem poważniejszym niż poprzedni, ale też niewiele mu ustępowała. Znów dwa dni z rzędu po ponad 200 km i to w bardziej wymagającym terenie (więcej podjazdów). Na dodatek pierwszego dnia było permanentnie pod wiatr.

Oczywiście i miedzy tymi wypadami się nie leniłem (codzienna jazda do pracy nieźle utrzymuje w rytmie, a prawie żadnego dnia nie skończyło się tylko na tej skromnej trasie). Gdzieś tak po poznanskim wypadzie zorientowałem się, że mam szanse przekroczyć wynik z mojego rekordowego dotychczas miesiąca, tj. maja 2008. Nie liczyłem na to zbytnio, bo przecież wówczas byłem na bardzo wymagającej wyprawie, a i poza nią nie próżnowałem (wypad na Jurę i dookoła Tatr), ale ziarnko we mnie kiełkowało i kiedy po świętokrzyskim wypadzie brakowało mi już tylko 85 km i zostały dwa dni marca, nie mogłem już odpuścić. Udało się! Majowy rekord poprawiłem o 21 km, a dystans 2 322 km w ciągu miesiąca wystarczył, by zrobić największy (o włos!) przebieg wśród użytkowników serwisu bikestats, gdzie nie brak niesamowitych wymiataczy.

Pierwsze miejsce w marcu, drugie w całym 2009 roku! :)

Niejako przy okazji udało się wskoczyć na drugie miejsce w statystykach całego 2009 roku. Nie liczę, że długo je zagrzeję, gdyż dla mnie był to miesiąc rekordowy, a inni - lepsi ode mnie - dopiero rozpoczynali sezon, ale satysfakcja i tak wielka. To był bardzo udany rowerowo miesiąc :D

PS. Kwiecień, choć pewnie nie będzie rekordowy (mimo iż nie czuję się wyeksploatowany, to rozsądek podpowiada, że kiedyś się trza zregenerować, a na maj są już wielkie plany ;) też zapowiada się świetnie, gdyż dziś rano przyszedł mail, że moja nowiutka rama wreszcie została do mnie wysłana! :D

środa, 01 kwietnia 2009
Ze św. Krzyża zdjęty

Noc na Łysej Górze upłynęła spokojnie, a nazajutrz zerwaliśmy się o szóstej rano, co było niezłym wyczynem, gdyż właśnie nastąpiła zmiana czasu (hurra!!) i z punktu widzenia naszych organizmów była dopiero piąta. O dziwo, wyspaliśmy się. Poranne przygotowania poszły w miarę sprawnie i o 7:30 w siąpiącym lekko deszczyku ruszyliśmy w drogę.

Plan głosił, iż chcemy zrobić razem jakąś pętelkę po okolicy, a potem każdy pojedzie w swoją stronę. Na cel wybraliśmy urokliwy przełom Lubrzanki (na odcinku Ciekoty-Mąchocice). Ładnie tam, ale że zapamiętałem tę okolicę w pięknej, soczystozielonej szacie i pełnym słońcu, a dziś było pochmurno, deszczowo, a drzewa jeszcze nagie, więc i efekt niestety nie ten. Nawet zdjęć nie było po co robić :(

W miejscowości Górno przyszła pora się rozstać (dzięki wielkie za wspólny wypad, Transatlantyku, tak fajnie nam się jeździ razem, szkoda, że mieszkamy tak daleko od siebie! :( Do zobaczenia w kwietniu! :), Transatlantyk pożeglował na Daleszyce i ogólnie na południe, ja zaś, zamknąwszy pętlę poranną w Św. Katarzynie (po drodze bardzo fajny podjazd na rozgrzewkę na wysokość 410 m n.p.m.), udałem się przez Bodzentyn z powrotem na moją wczorajszą trasę.

Łysogóry

Wiatr był tym razem jakiś kołujący i niespecjalnie mógł się zdecydować w którą stronę wiać, ale początkowo - a właściwie aż za Skarżysko - wyraźnie przeszkadzał. Nie skarżyłem się jednak, bo spotkałem dwa nagie miecze.

Dwa nagie miecze na pomniku wojennym pod Skarżyskiem

Wolałbym co prawda choćby jedną nagą pochwę, ale dobre i to ;) w każdym razie na pewno lepsze niźli Targowica! :o

Targowica: meble używane, sprzęt AGD

W Końskich wiatr postanowił mnie zaskoczyć i po pierwsze bardzo osłabł, po wtóre zaś zaczął wiać w plecy. Chwała mu za to! Pomyślalem więc, że teraz się będzie jeszcze przyjemniej lecieć i tak też było. Aż do miejscowości Gościniec, gdzie złapałem pierwszą od roku gumę. W ciągłej mżawce zmieniłem dętkę, ubrudziwszy się przy tym jak nieboskie stworzenie i pojechałem dalej, nieco już tym dniem zmęczony.

Po drodze zaczepiło mnie 16 smykow, ale kazałem im spadać, nie miałem ochoty do zabawy ;)

Drogowskaz: 16 Smyków

Natomiast Schwinnka zrobiła się po tej gumie narowista i - by ją poskromić - potrzebnych było aż 9 furmanów! ;)

Drogowskaz: 16 Smyków

Na dodatek od Tomaszowa wiatr dął znów w pysk, a deszcz padał coraz mocniej. Dzięki zmianie czasu dojechalem o samym zmroku, czyli tuż przed godz. 20, ale na ostatnich nogach. Usiadłszy wreszcie w fotelu poczułem się jak ze Św. Krzyża zdjęty. Co było do okazania ;)

Tutaj szczegóły trasy.

poniedziałek, 30 marca 2009
Noc na Łysej Górze

Zaczęło się wszystko kilka tygodni temu, kiedy wraz z Transatlantykiem (byliśmy razem w zeszłym roku w Alpach) ustaliliśmy, że pora by się jakoś w marcu spotkać rowerowo w połowie drogi. Patrząc z Nowego Sącza i Łodzi okazało się to być w Górach Świętokrzyskich. W to nam graj! :)

W sobotni słoneczny poranek (nareszcie wiosna!!) wsiadlem więc na Schwinnkę i pognałem w dal. No, z tym gnaniem to może przesadziłem, bo miałem przeciwny, choć na szczęście niezbyt mocny wiatr. Niezbyt mocny, ale jednak przeszkadzał jak umiał, czyli momentami bardzo. Ale ja byłem twardszy! :)

Siłę zaś czerpałem z soli tej ziemi i z roli mojej w sztuce znanej życiem. A sola i rola są - jak wiadomo - podstawą dobrobytu rybaków i chłopów.

tablica w Będkowie: Rolnictwo podstawą dobrobytu!

Do walki o pokój też jestem przyzwyczajony po zajmowaniu przez jakiś czas jednej izby z siostrą ;)

tablica w Będkowie: Rolnictwo podstawą dobrobytu!

Z rzeczy bardziej szacownych w Będkowie jest godny uwagi (neo?)gotycki kościół.

Kościół w Będkowie
Kościół w Będkowie

Potem było dużo jazdy w okolicach różnych i coraz spieszniej (co nie znaczy "szybciej" - wiatr się nasilał), bo groziło mi spóźnienie. Ale gdy dotarłem w tereny trochę bardziej już górskie nie mogłem utrzymać aparatu foto na wodzy ;)

Łysogóry

Tam też zaczęły się całkiem sympatyczne podjazdy. Dwie niezłe piły doszły do 6%, co okazało się bardzo przyjemnym urozmaiceniem, zwłaszcza, że podczas jazdy pod górkę z reguły nie czuć przeciwnego wiatru :) Jeszcze trochę kręcenia i wreszcie spotkalem Transatlantyka! :)

Transatlantyk płynie
Transatlantyk płynie

Razem już podążyliśmy na Łysą Górę, czyli miejsce pradawnych sabatów przechrzczone przez mnichów dla odpędzenia demonów. O dziwo demonów szybkości - czyli Transatlantyka i mnie - jakoś nie odpędziło :P A oto wjazd do Świętokrzyskiego Parku narodowego u podnóża ŁG.

Transatlantyk płynie

Podjazd okazał się dla mnie znacznie łatwiejszy niźli w październiku i już po kilku chwilach byliśmy na szczycie. A nieregulowany od wyjazdu z domu licznik pokazał dokładnie 595 m n.p.m.!! :D

Transatlantyk i autor pod klasztorem na Łysej Górze

Zjechawszy zakupiliśmy pięć Lechów...

Drogowskaz: 5 Lechów

... i wprost w zachodzące słońce...

Piękny zachód słońca

... podążyliśmy do schroniska PTSM w Św. Katarzynie. Dla zawiedzionych faktem, że nie spaliśmy na szczycie, załączam Noc na Łysej Górze... Woleliśmy nie ryzykować ;)

Tutaj szczegóły trasy.

Ciąg dalszy nastąpi...

czwartek, 26 marca 2009
Piwsko

W ostatnią niedzielę miało być jak nigdy. Miałem jeździć w grupie. Grupa składa się z kolarzy-amatorów z Pabianic, którzy na szosówkach co tydzień kręcą na tej samej trasie z jakimiś rzeźnickimi średnimi. Nuda, ale raz czy dwa można się wybrać, nie? ;)

nasz mini-peleton

Otóż okazuje się, że nie można. To znaczy, można, ale trzeba jeszcze za nimi nadążyć. O ile 32-34 km/h po płaskim to prędkość do wytrzymania, o tyle 29-31 km/h na dwuprocentowym podjeździe o długości niemal kilometra - już nie. W każdym razie ja wymiękłem. Konkretnie w Górkach Dużych między Tuszynem a Dłutowem. Czyli kolarzom dotrzymałem koła przez 22 km. Dobre i to. Jak się następnym razem wybiorę, będę mógł spróbować ten wynik poprawić np. o 500 metrów i już sukces! ;)

Wyszło więc jak zawsze i trasę kończyłem sam. Na dodatek w nieustającej mżawce oraz z wiatrem konkretnie w ryj. Momentami miało się dość.

Po południu nie miałem już tej świeżości w kroku co Szewińska ;) ale że przyjechał z Żyrardowa Wujek ToMi, więc nie szło się lenić. A oto Wujostwo (Tomi oraz Samo Bro) w komplecie, choć nieco rozmazane.

Huann i ToMi

Zastanawia mnie tylko, że skoro oni obaj teraz są Wujki, to kim są rodzice...? ;)

Tym razem trasa wiodła przez wertepy i bezdroża Lublinka, Rokicia i Rudy. Trafiliśmy między innymi na: nielegalne wysypiwsko śmieci na ul. Granicznej...

Syf z Malarią na ul. Granicznej

... solarium, co przedłuża włosy na ul. Św. Franciszka z Asyżu...

Solarium - przedłużanie włosów!

... oraz uciekające Kurczaki Zygmunta. Widomo gdzie ;)

skrzyżowanie ulic Kurczaki i Zygmunta

Wróciliśmy przemoczeni niemal do nitki, więc piwsko było, ale grzane. O ile mi wiadomo nikt się (już bardziej) nie rozchorował :P

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
ZaliczGmine.pl button stats bikestats.pl Moje tegoroczne wycieczki Moje zeszłoroczne wycieczki