|
sobota, 31 października 2009
Jestem, jestem
I nawet jeżdżę, tylko pisać mi się nie chce :p Cóż począć, zima ;) W tej sytuacji można by chociaż zapodać jakieś wspomnienie sprzed lat czy cóś, ale tego też mi się nie chce :p Dobra, niech będzie taka piękna katastrofa, którą tego lata widziałem w Rumunii gdzieś między Sibiu a Medias. Smacznego ;) ![]()
piątek, 04 września 2009
ROAD (Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna ;)
W związku z tym niusem, a także z tym, tym, tym i wieloma innymi oraz z faktem, że nadarza się okazja nie lada, że ktoś chce znowelizować kodeks drogowy z myślą o rowerzystach, postanowiłem napisać list otwarty do posłanki Ewy Wolak z propozycją jednej, ale za to dla wielu osób bardzo istotnej zmiany w Prawie o ruchu drogowym. Chodzi mianowicie o to, żeby znieść przymus korzystania ze ścieżki rowerowej w miejscach, gdzie nie ma zakazu ruchu rowerów na jezdni dla tych rowerzystów którzy:
Poniżej proponowana treść listu otwartego. Prosiłbym osoby zainteresowane o ewentualne uwagi do jego treści oraz przesyłanie do mnie na priv danych, którymi będę mógł ów list w imieniu nas wszystkich podpisać. Chodzi o imię i nazwisko, miejscowość zamieszkania (dobrze by było zebrać podpisy osób mieszkających w różnych miejscowościach) i posiadane kategorie prawa jazdy. List otwarty: Szanowna Pani Poseł, Jako kierujący z wieloletnim doświadczeniem zarówno w ruchu rowerowym jak i samochodowym, tak w miejskim jak i pozamiejskim, tak lokalnym jak i dalekobieżnym mieliśmy okazję wielokrotnie obserwować opłakany stan dróg dla rowerów w Polsce. Mimo iż wciąż powstają nowe, to jednak w większości są one źle pomyślane bądź wykonane. Rowerzysta na takiej drodze jest narażony na ciągłe zagrożenie ze strony pieszych, którzy lekceważą przepisy Art. 11 ust. 4 Ustawy, zmuszony wskakiwać na krawężniki i "telepać się" po nierówno położonej kostce, zjeżdżać na jezdnię tuż przed skrzyżowaniem, ponieważ w danym miejscu droga dla rowerów niespodziewanie się kończy (wykonanie przejazdu dla rowerzystów okazało się niemożliwe? nazbyt kosztowne?), uskakiwać przed nierespektującym pierwszeństwa rowerzysty pojazdem samochodowym i wreszcie omijać permanentnie parkujące na drogach dla rowerów samochody (dla ilustracji tego ostatniego utrudnienia dysponujemy obszerną dokumentacją fotograficzną - kilkaset zdjęć - którą na życzenie możemy udostępnić). Zdajemy sobie sprawę, że poza nami istnieje wiele osób, które preferują jazdę nawet po kiepskich drogach rowerowych, ponieważ czują się na nich bezpieczniej niż na jezdni. Szanujemy preferencje tych osób! Chcielibyśmy jednak, aby i nasze uszanowano i niniejszym zaznaczyć istnienie licznej rzeszy rowerzystów, którzy - podobnie jak my - nie czują potrzeby korzystania ze złych dróg rowerowych, a na jezdni - jako doświadczeni kierujący z uprawnieniami - czują się bezpieczniej niż na drodze dla rowerów - marnej jakości i zatłoczonej pieszymi oraz parkującymi. W związku z tym chcielibyśmy zaproponować zmianę zapisu Art. 33 ust. 1 Ustawy, która umożliwiałaby odpowiednio przygotowanym do tego rowerzystom (o czym poniżej) wybór pomiędzy jazdą drogą dla rowerów a jazdą jezdnią, o ile na tej ostatniej nie obowiazuje zakaz ruchu rowerów. Proponowane brzmienie zapisu Art. 33 ust. 1 jest następujące: "Kierujący rowerem jednośladowym jest obowiązany korzystać z drogi dla rowerów lub z drogi dla rowerów i pieszych. Przepis zdania poprzedzającego nie dotyczy kierującego rowerem, o ile on posiada prawo jazdy dowolnej kategorii oraz wykupił dobrowolne ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej posiadacza roweru za szkody powstałe w związku z ruchem tego roweru. Kierujący rowerem, korzystając z drogi dla rowerów i pieszych, jest obowiązany zachować szczególną ostrożność i ustępować miejsca pieszym." Wierzymy, że Pani zaangażowanie w inicjatywy sprzyjające rozwojowi komunikacji rowerowej pozwoli Jej docenić wagę takiej nowelizacji dla licznej grupy rowerzystów, którą reprezentujemy oraz przekonać się, iż zmiana taka nie spowoduje żadnego dodatkowego zagrożenia w ruchu drogowym na jezdniach, ponieważ rowerzysci uprawnieni do jazdy jezdnią będą osobami zarówno umiejącymi się odpowiednio zachować w ruchu drogowym (posiadaczmi prawa jazdy) jak i ubezpieczonymi od ewentualnych szkód, które mimo to mogłyby spowodować. Z nieustającym zainteresowaniem będziemy śledzić Pani działania na rzecz poprawy warunków komunikacji rowerowej w Polsce i życząc jej dalszych sukcesów pozostajemy z poważaniem, Od kilku lat mielemy ozorami w tej sprawie (Staahoo? To już blisko dwa lata będzie, jakeśmy temat wspólnie na Zgierskiej nadgryźli, co? ;) ), a tymczasem widać, że wreszcie jest szansa (może niewielka, ale jednak chyba niezerowa) coś załatwić. Działajmy! ![]() Apdejt: Akcja się rozrasta.
wtorek, 25 sierpnia 2009
Padł rekord roczny
Wczoraj miałem przyjemność przekroczyć magiczną dla mnie granicę 16.033 km, która dotąd była moim rekordem rocznego przebiegu. Szybko poszło! ;) Teraz mogę więc oficjalnie ogłosić swoje plany, które wcześniej były tylko marzeniem: w 2009 roku zamierzam przejechać 20.009 km ;) Potem na emeryturę ;) Jeszcze mała impresja z ubiegłotygodniowej wycieczki na Górę Kamieńsk, a mianowicie Dziura. ![]() Krawędź Dziury leży na wysokości ok. 200 m npm, tymczasem dno - wg Google Earth na wysokości 20 m. Prawdopodobnie obecnie już głębiej. Niedługo się dokopią do morza! :o Szkoda że nie można sobie zrobić podjazdu z dna Dziury na szczyt Góry Kamieńsk ;) ![]()
niedziela, 09 sierpnia 2009
Pikuś z Przodkiem, ale za to prawie bez tyłka ;)
Pomysł zrobienia w tym roku 400 km w ciągu doby chodził mi po głowie już od roku zeszłego. Ale że w czerwcu, kiedy pora teoretycznie najlepsza po temu (najkrótsze noce), jakoś się nie zebrałem, a w lipcu byłem na wyprawie, to już się niemal wewnętrznie pogodziłem z faktem, że trzeba to przełożyć na rok przyszły. Wszelako w ostatnią środę przyszło mi do głowy, żeby jednak spróbować. Jest dobra, stabilna pogoda (raczej odmiennie niż było w czerwcu ;) noce jeszcze nie takie długie (ok. 8 godzin ciemności), no i po wyprawie jestem w życiowej formie. Zaplanowałem, przygotowałem się, zarywając sporą część poprzedniej nocy przy brydżu i śpiąc "na zapas" w ciągu dnia kilka godzin przed startem i wyruszyłem w piątek o godz. 21. Była pełnia... W nocy, odmiennie niż twierdziła prognoza, ale za to zgodnie z wieloletnimi obserwacjami, było bezwietrznie. Też dobrze. Miało wiać w plecy, ale niech tam! Trochę męcząco leci się w nocy drogą nr 14, bo jednak TIRów sporo. Pierwszy krótki postój w Łasku - teraz zjeżdżam na boczną drogę na Widawę, w której drugi postój. Jedzie się świetnie - księżyc przyświeca, lampka też całkiem skutecznie, droga pusta, nie wieje. Żyć nie umierać. W Wieluniu, tuż za trzecim postojem, stuka mi pierwsza setka. Machnąłem ją w 4h wliczając postoje! :D Od niechcenia zastanawiam się, czy to trochę nie za szybko i czy nie przyjdzie mi za to tempo (średnia ok. 28) później zapłacić... No, ale tak dobrze się leci, mamo... ;) Kolejny postój w Kluczborku i już mam system: zatrzymuję się przy ławkach, zdejmuję buty i na chwilę się kładę. Nie dlatego, żebym był senny – po prostu stwierdzam, że w ten sposób nie pracują żadne części ciała potrzebne podczas jazdy. Zdjęcie butów pozwala natomiast zapobiec drętwieniu stóp, które mnie z reguły dopada na dłuższych dystansach – zwłaszcza w SPD. Na szczęście nie jest bardzo zimno – najniższa zanotowana temperatura to 9,4 stopnia, więc nawet na postojach (średnio po 10-12 minut) nie zdążę zmarznąć :) Wreszcie o 4:15 rano docieram do Opola – myślę sobie „dobra nasza, 180 km w 7:15 godzin – nieźle!). Tuż za miastem zastaje mnie świt i... objazd na planowanej trasie! Hmm... dodatkowe kilometry mi chyba niepotrzebne – walę prosto na zamknięty odcinek – chyba się przebiję...? Przebiłem. Co prawda pół kilometra ryłem w piachu pod lekką górkę, ale chyba jednak mimo wszystko na tym wygrałem, bo objazd wyglądał z mapy na dość długi. Prudnik. Wyliczyłem sobie, że jeśli będę tu o siódmej, to powinienem zdążyć na pociąg o 21:30 z Kłodzka przy założeniu, że górach dam radę jechać ze średnią 20 km/h i nie przesadzę z postojami. Sporo tych warunków... No, ale pierwszy niemal spełniony: w Prudniku jestem o 7:05. Walę na Głuchołazy. Zgodnie z przewidywaniami w dzień zaczyna wiać. Niestety – wbrew prognozom nie z północo-wschodu-wschodu, tylko z... południowego zachodu! No shit – niemal dokładnie w pysk!! Na szczęście wieje póki co słabo. Ale nie nastraja mnie to pozytywnie, oj nie nastraja... W Głuchołazach, po 250 km, decyduję się na ciut dłuższy postój – trzeba wreszcie zjeść coś konkretniejszego (bułka, parówka – dotąd jadłem tylko słodycze) i uzupełnić zapas wody i soku. Staję przy Biedronce. Jest ósma rano i już robi się upał... W Czechach na dzień dobry jest podjazd. Wyprzedza mnie trójka kolarzy amatorów. Jadą tylko ciut szybciej niż ja, więc przez chwilę próbuję dotrzymać im koła, ale jednak te 2 km/h pod około pięcioprocentową górkę robią różnicę. Odpuszczam – nie chcę się przemęczyć. Za chwilę i tak mam swoją satysfakcję, bo doganiam sporą grupkę rowerzystów, w tym kilka dziewczyn. Kręcą dzielnie pod górkę, ale i tak po chwili zostawiam ich z tyłu. Dwóch próbuje dotrzymać mi tempa, jeden nawet wyprzedza, gdy górka wyostrza do ośmiu procent, ale po chwili już stoi i dyszy, a ja spokojnie mijam wypłaszczenie i jadę dalej : ) Ale fajni ci Czesi – tak się wybrać w kilkanaście osób (nie kolarzy) na wycieczkę rowerową po górach – kurczę, zazdroszczę im, że mają tylu zapalonych rowerzystów! W ogóle w Czechach przez cały czas spotykam mnóstwo bajkerów – porównując z Polską ma się wrażenie, jakby się przeniosło na inną planetę. Nie liczyłem, ale momentami wydawało się, że rowerów było więcej niż aut. Ech... Tymczasem podjazd ciągnie się bez większych przerw aż do Vrbna pod Pradedem, gdzie i ja chwilę odpoczywam. Dalej do Karlovej Studanki znów pod górę, a tam już się zaczyna właściwy podjazd na Pradziada. Wchodzę w niego z marszu. Znak ostrzega przed 12% nachylenia na odcinku 6 km. Jak zwykle jest to wierutna bzdura. Co prawda rzeczywiście jest 6 km do pierwszego wypłaszczenia, ale procent średnio raptem 7,5 i to bez istotnych różnic w nachyleniu. Ot, siedem do ośmiu przez cały czas. A do tego świetna nawierzchnia i droga bez agrafek, tylko lekki zakręt od czasu do czasu, bo szosa trawersuje stromy stok. Świetnie poprowadzona! Tu już jest bajkerów na kopy!! Wyprzedzam między innymi gościa na trójkołowej poziomce z lusterkiem wstecznym przymocowanym do głowy (nie do kasku, tylko na opasce bezpośrednio do głowy!), a mnie wyprzedza kilku kolarzy. Tempo mają dla niewyobrażalne. Ja jadę ok. 9 km/h, a oni – tak na oko – ze dwa razy szybciej. Uch... Na podjeździe robię jeden krótki postój dla pogłębienia oddechu, a potem już cięgiem przez tłumy kłębiące się pomiędzy schroniskami usytuowanymi na ok. 1200 m a szczytem. Wygląda na to, jakby pół Czech przyjechało tu na spacer bądź na rower! :) Co to będzie na zjeździe...? Stąd też pogarsza się nawierzchnia, aczkolwiek wciąż jest to lity asfalt, jeno nieco dziurawy. ![]() Tuż pod szczytem wyprzedzam kilkoro ostatnich rowerzystów i już. Schronisko szczytowe. Luda kupa. Niezbyt fajnie w związku z tym, ale przynajmniej ma mi kto zrobić fotę ;) ![]() Fajny jest też pomysł, żeby na szczycie wypożyczać takie śmieszne duże hulajnogi, na których ludzie sobie zjeżdżają. Sam kiedyś chciałem otworzyć tego typu biznes na Morskim Oku, ale u nas by to raczej nie przeszło, boć to wszak Park Narodowy i na rowerach nie wolno... Za to konie srać mogą, ile wlezie :p ![]() No, w każdym razie o 12:20 wysyłam SMS to Transatlantyka, że Pradziadek (i zarazem pierwszy BIG) padł i o po przebiórce w suche i cieplejsze (na podjeździe się oczywiście spociłem, a teraz zrobiło się pochmurno i chłodno, jest raptem 17 stopni) rozpoczynam zjazd. Nawet nie jest tak źle – lawirując wśród tłuszczy i nie przekraczając 40 km/h zjeżdżam dość pewnie i tylko kilka razy muszę się wydrzeć „pozor!!!” na tłumoków, co ławą suną, zajmując całą (niemałą) szerokość szosy. Od schronisk robi się znacznie przyjemniej – asfalt prawie idealny, a droga pusta. Składam się w lemondkę i niemal nie schodzę poniżej 60 km/h, bo i zakrętów ostrzejszych jest bardzo mało, a agrafek zero. Bajeczny zjazd! Tam też wykręcam maksa wycieczki, a średnia wzrasta mi w ciągu 10 minut o 0,5 km/h mimo, że właśnie stuknęło mi 300 km trasy :) (przy takim dystansie nie jest łatwo ruszyć średnią w którąkolwiek stronę - za duży mianownik - a już podwyższyć ją graniczy zwykle z niemożliwością) Z Kralovej Studanki znów pod górkę i cieplej. Rozbieram się i z marszu wjeżdżam z 800 m na bezimienną przełęcz 1041 m. Nawierzchnia kiepska, ale na zjeździe daje się jechać 40-45. Za chwilę następny podjazd: z 750 na 930. Na przełęczy Videlsky Kriż zatrzymuję się tylko na fotkę i pędzę dalej. W Belej pod Pradedem jestem tuż po godz. 14. Dwie przełączki w 1,5h; nieźle ;) ![]() No, ale teraz przede mną drugi BIG - Červenohorske Sedlo oraz dość silny już teraz i kołujący wiatr. Jednak podjazd okazuje się równomierny i dość łagodny, a wiatr raz pomaga, raz przeszkadza. Średnio 6-7% - 450 m przewyższenia wciągam bez zatrzymania. ![]() Na górze fotka i lecę dalej; przede mną długi zjazd do Šumperka położonego ciut powyżej 300 m npm. W Velkich Losinach zatrzymuję się przed barem i szybko zjadam gulasz z bułką. Uff, potrzebny mi był jakiś solidniejszy posiłek! Przy ruszaniu udaje mi się załapać za traktor ciągnący 40 km/h – jedzie się bajecznie, ale krótko, po jakichś 3 km traktor odbija. Jednak od tego miejsca wiatr wiejący generalnie z kierunków południowych zaczyna wreszcie pomagać. Aż do Olšan lecę jak szalony – 30 praktycznie nie schodzi z licznika, a najczęściej jest to 35-40. Jednak pod koniec tego odcinka zaczyna się już podjazd. Nie jest ostro – 3-5%, ale prędkość oczywiście spada. W głowie kalkuluję swoje szanse zdążenia na pociąg o 21:35 z Kłodzka. Są mizerne – co prawda średnia 20 km/h po górach jest utrzymana (głownie dzięki szalonemu odcinkowi od Velkich Losin), ale ewidentnie za długo zeszło mi na postojach (mimo że ograniczyłem je do minimum) i teraz albo pora grzać prawie ciągiem albo zrezygnować z nocnego powrotu do Łodzi i pogodzić się z noclegiem w Kłodzku. O godz 17:40 w Červenej Vodzie metodycznie przeliczam raz jeszcze kilometry na potrzebny na ich pokonanie czas (przede mną m. in. podjazd na ostatni BIG) i stwierdzam, że jednak mam szansę zdążyć. A więc w pedał! ![]() Na Suchym Vrchu melduję się o 18:20. Podjazd okazał się łatwy – 6 km około pięcioprocentówki, potem 3 km trzyprocentówki i ostatni kilometr to ok. 7-8%. Jedynym problemem okazały się roje much – kompletnie uprzykrzyły mi ostatni odcinek, z olbrzymim trudem się od nich oganiałem. Najbardziej pomagała jazda na stojąco, ale nie dałem rady w ten sposób pokonać całego podjazdu ;) Na ostatnim kilometrze stuknęło 400 km wycieczki. Hurra, dałem radę!!! :D ![]() Szybkie foty, przebiórka, bo zaczeło się już ochładzać i pędzę z powrotem. Zjazd średnio szybki, bo najpierw kiepski asfalt, a potem agrafki, ale tuż po 19 jestem z powrotem w Czerwonej Wodzie. Wysokość 540 m, a Kłodzko leży na 300. Mam przed sobą ok. 55 km i niecałe 2,5 godziny... Jeśli nie będę miał jakiejś awarii to dam radę! Zresztą, jak nie ja to kto?! ;) Odcinek przez Borikovice okazał się nieźle pagórkowaty, ale oto już z rozpędu lecę przez granicę i widzę drogowskaz: Kłodzko 43. Mam dwie godziny – dobra nasza! Do Międzylesia głownie w dół, a w samym miasteczku wredna kostka. Dwa kilometry dalej staję, żeby założyć lampki (słońce powoli chyli się ku zachodowi) i chwilę odsapnąć. Zostało mi 35 km i ciut ponad 1,5 h. Żeby zdążyć spokojnie kupić bilet, to teraz już trzeba cięgiem. Pędzę. Gdy tylko jest choćby minimalnie dół, 35 nie schodzi z licznika. Niestety dość często jest pod górę i to miejscami dość ostro. Ot, takie trzydziestometrowe hopki do 7% nachylenia. Droga bardziej w czeskim stylu niż te, którymi jechałem w Czechach! Oczywiście to spowalnia, ale Kłodzko się nieubłaganie przybliża. Bystrzyca. Jeszcze 15 km i godzina z kilkoma minutami. Zdążę! Wreszcie wpadam do miasta. Odrobinkę błądząc, przelatuję je praktycznie całe i wreszcie rozpoznaję okolice dworca głównego. Jest godzina 20:58, kiedy zajeżdżam przed budynek dworcowy. Udało się!!! : ))) Nie zaprzeczę, zmachany jestem solidnie, ale widać, że były i rezerwy, skoro dałem radę tak przycisnąć pod koniec. Uświadamiam sobie, że gdybym musiał, to i do 500 bym dociągnął... Chociaz nie wiem - tyłek boli masakrycznie. No, ale na szczęście (niestety? ;) nie muszę, bo pociąg odjeżdża właśnie stąd. No trudno, wsiadam ;) Powrót trochę z przygodami, bo pociąg opóźnił się o prawie 2h z powodu potrącenia kogoś, kto szedł po torach (!!), ale wreszcie o 7:30 docieram do domu. Teraz już naprawdę czuję tę trasę w nogach – chyba wszystko mnie boli ;) Spaaaać... ![]() Podsumowanie: Oczywiście rekord życiowy (464,5 km, szczegóły trasy i statystyka). Nie tylko dystansu, ale i sumy podjazdów, a także liczby BIGów zaliczonych w ciągu dnia (3). Ładnie podeszły, że były blisko siebie ;) Czas jazdy i postojów łącznie: 23h 58m. Muszę przyznać, że udało mi się pięknie uKORONować niezwykle udany sezon :)
środa, 29 lipca 2009
Wróciłem!
Schudłem 7 kg, wyglądam jak cień ;) ![]() Ale mam już pomysł, jak się z tego wyleczyć. Może...? ![]() PS. Reszta fotek, film i relacja, kiedyś, gdzieś... A dla niecierpliwych wyprawa Balkalpin 2009 w pigułce:
sobota, 27 czerwca 2009
Balkalpin 2009 czyli Twarde Podbrzusze Europy ;)
No to przyszła pora ogłosić Nowinę: dziś wyruszam na Wyprawę! :D Najdłuższą i najpoważniejszą wyprawę rowerową w moim życiu, więc mam wrażenie, że jest co ogłaszać :) Wraz z Michałem Wolffem wyruszamy na miesięczną trasę przez pół Europy, gdzie zmierzymy się z najpoważniejszymi podjazdami naszego kontynentu... Będzie ostro! :) Trasa wymyślona przez Michała koncentruje się na atrakcjach zdecydowanie górsko-szosowych. Wiedzie przez Niemcy (w tym dość przerażający Nebelhorn, Austrię (w tym najwyższa szosa Alp - Oetztal Arena), Włochy, a w nich Dolomity ze słynną Malga Palazzo uznawaną za najtrudniejszy podjazd Europy, znanym z Giro d'Italia wsciekle trudnym Monte Zoncolan i podjazdem pod przesławne Tre Cime di Lavaredo na czele. ![]() Potem pomkniemy przez Słowenię, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, ponownie Chorwację, ponownie Bośnię i znów Chorwację (krótko mówiąc, za drugim razem trzeba przeciąć ten cieniuteńki pasek Bośni, który dochodzi do wybrzeża Adriatyku), odwiedzimy piękne miasta Dubrovnik i Kotor, aż wreszcie Czarnogórę, Kosowo, Albanię i Macedonię. ![]() ![]() Jak widać, nie zamierzamy się oszczędzać, więc trzymajcie kciuki! ;) PS. jeszcze wypadałoby wyjaśnić, skąd ten dziwny tytuł wpisu. Jakoś tym razem nazwa wyprawy nie narzuciła mi się automatycznie jak poprzednio (choć dla przyszłorocznej mam już gotową wystrzałową nazwę! :p). Starałem się więc wymyślić coś sensownego, acz - jeśli to możliwe - zabawnego i propozycje były trzy: Balkalpin, Alpania oraz Twarde Podbrzusze Europy właśnie. Wygrała pierwsza jako najbardziej czytelna, ale ze trzecia ma też swój urok, więc jakoś nie chcę jej pozostawić w całkowitym zapomnieniu. Na czas mojej nieobecności ogłaszam więc konkurs bez nagród. Pytanie konkursowe brzmi: do jakiej i czyjej słynnej wypowiedzi ta nazwa nawiązuje i dlaczego pasuje do tej właśnie trasy? :)
czwartek, 25 czerwca 2009
Karkonosze
Dopadł mnie leń blogowy i długo nie mogłem się zabrać za ten wpis... Ale przyzwyczajajcie się - już wkrótce prawdopodobnie miesiąc przerwy w blogowaniu... Ale o tym w następnym wpisie ;) A póki co na weekend z boskim ciałem wybrałem się w Karkonosze. Po drodze do Wrocławia drogę mi zastąpiły o dziwo tylko trzy procesje. ![]() Swoją drogą tolerancja religijna mogłaby polegać między innymi na tym, żeby katolicy nie narażali wszystkich dookoła na stratę czasu i nerwy z powodu swoich świąt. Nerwy były, ponieważ kierowca autobusu ze zdjęcia stwierdził, że ja absolutnie muszę mu ustąpić pierwszeństwa, mimo że procesja szła jego stroną drogi. No cóż, nie mam żalu - takie zbiorowisko fanatycznego tłumu każdemu może podziałać na nerwy. Niewiele dalej, ale już walcząc z wiatrem w pysk (który od Błaszek aż do Przełęczy Szklarskiej robił wszystko, żeby mi uprzykrzyć życie) stwierdziłem, że województwo wielkopolskie ewidentnie chyli się ku upadkowi ;) ![]() A jeszcze dalej, że dolnośląskie trzyma się mocno :) ![]() Gdzieś tam złapał mnie również pierwszy na tym wypadzie deszcz (wcześniej się tyleż sprytnie co szczęśliwie wymykałem ;) Wreszcie, kiedy nasilający się przeciwny wiatr mnie już naprawdę nieźle wymęczył, nastąpił Wrocław i słynna wodzowska gościnność. Znów było super. Nawet wahałem się, czy nazajutrz jechać dalej, bo to okazja do spędzania miłych chwil w jeszcze milszym towarzystwie, a wiatr nadal w pysk... Ale postanowiłem jednak spróbować. Karkonosze wzywały. W Świdnicy wiało tak: ![]() Nie muszę chyba dodawać, że moja droga wiodła - patrząc na zdjęcie - lewo... No, ale jakoś podążałem, a im bliżej gór byłem, tym większą miałem ochotę się w nich znaleźć. Wreszcie - nawet nie bardzo zmęczony - dotarłem do Podgórzyna k. Jeleniej Góry, gdzie zaplanowałem nocleg. Ale najpierw postanowiłem jeszcze wdrapać się na pierwszą (i najłatwiejszą) z trzech zaplanowanych na ten wypad poważniejszych przełęczy, tj. Przełęcz Szklarską nad Szklarską Porębą. No i tuż przed miastem złapała mnie burza... ![]() ... i ponad godzinę przeciekiwałem pod nawisem skalnym nad rzeką Kamienną. Wreszcie wyszło słońce. Warto było poczekać! :) ![]() Na Przełęczy Szklarskiej zaś ewidentnie spóźniłem się na solidne gradobicie. Zwały lodowych kulek zalegały w zacienionych miejscach i trzeba przyznać, że dla rowerzysty musiało tu być groźnie jakąś godzinę wcześniej... Szybki zjazd do Podgórzyna, pyszne żarcie w hoteliku "Nad Stwami", gdzie nocowałem (targujcie się koniecznie - ja stargowałem z 70 na 40 zł :) i już śpię. Jutro pobudka przed szóstą ... Jakoś wstałem i dość sprawnie wyruszyłem na najpoważniejszy podjazd tego wyjazdu, a zarazem najtrudniejszą szosową wspinaczkę w Polsce, czyli Przełęcz Karkonoską. Profil wygląda tak. ![]() I trzeba przyznać, że podjazd robi wrażenie. Ściślej mówiąc, jeszcze nigdy w życiu, nawet w Alpach, nie widziałem tak wielkiego nachylenia szosy. Oczywiście na niezbyt długich fragmentach (kilkaset metrów), ale faktycznie osiągało 25%! Dobrze! Było dość ciężko (po raz pierwszy użyłem najlżejszego przełożenia w nowym Surlym), ale to był dobry trening przed... no, ale o tym też w nastepnym wpisie :p Na górze zaś było zimno (5 stopni) i wilgotno, a może nawet lekko mgliście, więc odzież wraz z potem kleiła się do ciała i człowiek błyskawicznie marzł przy robieniu fotek ;) ![]() ![]() Na zjeździe przemarzłem już dokumentnie mimo założenia na siebie wszystkiego, co miałem. No, ale jak głupek nie miałem czapki ;) Potem wyszło ładne słonce, a ja jeździłem po podnóżach czeskich Karkonoszy. Było ładnie, było miło. No, ale nie można za długo się opierdzielać i przyszła pora wdrapać się z powrotem, tym razem przez Przełęcz Okraj. ![]() Było zdecydowanie łatwiej ;) ![]() ![]() Potem już smignąłem do Szczawna-Zdroju na krótkie spotkanie z Wujkiem ToMim i Lavinką, a zaraz potem ciupasem (i wreszcie z wiatrem! :) do Wrocławia. Tamże piwko z Wodzem, Gochą i Arkadoo, ale niezbyt długo, bo nazajutrz ostatni akord. Powrót do Łodzi miał być z wiatrem w plecy. W sumie był, choć wyjechałem trochę późno, a pod wieczór wiatr ucichł. Jadać, czułem się, jakby puszczono film od tyłu. Taka jazda ma swój urok... :) Statystyki wypadu:
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Trzy po trzy, vol. 4 (i mam nadzieję ost. :p)
Na czym to ja skończyłem? Aha, na powrocie z podkulonym łańcuchem do Nowego Sącza. No to nazajutrz udało mi się dojechać do Krakowa. Ba! Nawet do Katowic! ;) Po drodze jednak zabrałem najpierw Waxmunda, a potem Usulovskiego (obaj z Forum Sakwiarskiego) i już poginaliśmy na brzydki Śląsk. Powietrze było jakieś ciężkie - nie tylko od dymów i spalin (choć trzeba przyznać, że bardziej się je wyczuwało w powietrzu niż w Krakowie, że o Sączu nie wspomnę), ale i od nadchodzącej wielkimi krokami ulewy. Faktycznie - jak tylko zjawiliśmy się na pokazie Robba - lunęło. Robb opowiadał o wyprawie rowerowej do Chin i Indochin, a myśmy popijali zieloną herbatę. Ale oczywiście najważniejsze było afterparty :D Zostawiwszy rowery u Dziadostwa Borowego (przyjaciół z RU) poszliśmy do jakiejś knajpy wskazanej przez Dziada Borowego. Było pysznie! Długo by opowiadać, więc dość powiedzieć, że oprócz Słynnego Robba Maciąga ;) poznaliśmy jeszcze kilka osób z Forum Sakwiarskiego, a każda z nich miała wiele ciekawego do opowiadania... Afterparty skończyło się po północy, a nazajutrz mieliśmy wyruszać z Waxmundem w góry. Plan był ambitny: przejechać kilka z najtrudniejszych podjazdów w zachodnich Beskidach. Po kolei miały to być przełęcze: Salmopolska, Kubalonka, Zwardońska, Glinka, (tu fragment przez Słowację), dalej Krowiarki, Przysłop i wreszcie podjazd do Krzeszowa Górnego w Beskidzie Małym, który ponoć jest niewiele mniej syty niż niejedna solidna przełęcz. Cóż kiedy w piątek od rana... lało. Lało do godz. 11. A my siedzieliśmy w domu przemiłych Dziadostwa Borowych i przeglądaliśmy prognozy :P Wreszcie, jak lać przestało, to stwierdziliśmy, że nie mamy żadnych szans zrobić zaplanowanej trasy (pętla miała mieć 340 km z solidnymi przewyższeniami, więc trzeba było liczyć dwa pełne dni) i... pojechaliśmy z powrotem do Krakowa. Okazało się to szczęśliwą decyzją, gdyż chmury cały czas były brzemienne... ![]() ... deszczem i faktycznie podczas jazdy musieliśmy dwukrotnie przeczekiwać ulewy. W górach było zaś zapewne jeszcze znacznie gorzej. Znalazłszy się w piątek w Krakowie bez planów na weekend postanowiłem wrócić dzień wcześniej do domu, aby mieć chwilkę na odsapnięcie po intensywnym wypadzie. Co prawda pogoda zapowiadała się okropna, ale że udało mi się uzupełnić braki w odzieży (okazjonalnie kupiona kurtka GoreBikeWear PacLite za 349 zł!!!), więc się już tak bardzo deszczu nie bałem. Nazajutrz - odprowadzony do rogatek przez Waxmunda - wyruszyłem w pochmurnej lecz bezdeszczowej aurze. Ech... ten rower to jednak daje swobodę! Wiecie, że z Krakowa do Łodzi nie ma już bezpośredniego pociągu? Przynajmniej w soboty. A z przesiadką jedzie się 6 godzin, zamiast - jak kiedyś Reymontem - czterech? Tak, pekape robi co może, żeby nam obrzydzić życie, a już zwłaszcza łodzianom. Ja się w związku z tym na nich obraziłem i w tym roku jechałem pociągiem tylko raz :P ![]() No i oszczędził mnie deszcz! :D Statystyki wypadu Trzy po trzy 2009:
środa, 10 czerwca 2009
Trzy po trzy vol. 3
Nazajutrz po dojechaniu do Tatranskiej Polianki, skąd mieliśmy się wspiąć na Śląski Dom, okazało się, że nocleg w Liptovskim Hradku jednak był z historią. Otóż zarówno Transatlantyk jak i ja zostawiliśmy w hotelowej szafie kurtki (!). Nie wiedząc, czy wracać te 50 km i siłą rzeczy zrezygnować z zaliczenia podjazdu (bo nie starczyłoby już czasu) czy też nie, spróbowaliśmy się dodzwonić do hotelu. Dzięki pomocy pani recepcjonistki z miejscowego sanatorium udało się załatwić sprawę i dwa dni temu obie kurtki przyszły do mnie pocztą. Koniec dygresji ;) ![]() Podjazd do Gerlachovskiego Plesa okazał się dla mnie zdcydowanie łatwiejszy niż rok temu - widać, ze forma rośnie. Podczas podjazdu spotkaliśmy Michała, który wyruszył wcześniej (gdy my dzwonilismy w sprawie kurtek), gdyż tego dnia po południu miał pociąg powrotny z Zakopca i nie mógł sobie pozwolić na czekanie. Marek uparł się podjechać bez zatrzymania, ale ja zamieniłem z Michałem kilka słów i tyle go widzieliśmy. Dzięki za super wypad, Stary! :) Po tym zatrzymaniu spokojnie kręciłem sobie pod górę i jakież było moje zdziwienie, gdy przed szczytem podjazdu zobaczyłem Marka wcale nie tak daleko przede mną! Nachylenie trzymało w okolicach 10%, ale spróbowałem niepostrzeżenie go podgonić i oto na ostatnich kilku metrach przed szlabanem oznaczającym początek parkingu przed schroniskiem, Marek został połknięty! Pogratulował mi serdecznie - to się nazywa kolega! :) A to się nazywa koleżanka ;) ![]() Reszta tego dnia upłynęła nam z Markiem na lekkim i mniej lekkim falowaniu w stronę Starej Lubowli i dalej Nowego Sącza. Wiatr się zrobił wschodni i najpierw mocno przeszkadzał, a od Piwnicznej pchał nas jak małe żaglówki. To była frajda tak lecieć aż do samego celu! :) Nazajutrz pogoda była zdecydowanie mniej obiecująca, gdy wśród zbierających się chmur wyruszałem na Kraków. Po drodze wszelako postanowiłem zaliczyć drugi najtrudniejszy polski podjazd szosowy, tj. Przehybę. ![]() Podjazd okazał się zacny, a ja się cieszyłem, że zostawiłem jedną sakwę w sklepie w Gołkowicach. Na podjeździe, w miejscu gdzie nachylenie wynosiło 12-13% zmusił mnie do zatrzymania jadący z naprzeciwka... TIR zwożący drewno. Droga była tak wąska, że on sam ledwo się mieścił... Wreszcie pod koniec było 900 m niezłego szutru i oto już jestem przed masztem na Przehybie. ![]() Co ciekawe nigdzie nie mogłem znaleźć tabliczki z nazwą i wysokością szczytu, mimo że ewidentnie byłem w najwyższym punkcie okolicy (jeśli pominąć obszar ogrodzony wokół masztu, gdzie jest o kilka metrów wyżej). Czy ktoś kojarzy, w którym miejscu jest ta tabliczka? Podczas zjazdu złapała mnie ulewa. Zdrowa, solidna ulewa, która przeszła w długotrwały, solidny deszcz. Po około dwóch godzinach przeczekiwania rozebrałem się do krótkich spodenek i sandałów (kurtka została w Liptovskim Hradku! :p) i pognałem do Gołkowic, gdzie miałem chociaż rzeczy na przebranie. Tam kolejna godzina w barze i wreszcie przestało padać. Ruszyłem. Po kilkunastu kilometrach znów padało. Raz przeczekałem. Drugi też. Za trzecim nie zdzierżyem i zawróciłem do Nowego Sącza. Jak niebo sączy, to ja też, a co! :p Marek przyjął kolegę marnotrawnego z otwartymi ramionami i nawet zaproponował mi Ligę Mistrzów, ale ja byłem raczej w niemistrzowskiej formie i wcześnie poszedłem spać ;) Ciąg dalszy być może nasiąpi ;)
sobota, 06 czerwca 2009
|
O autorze
Zakładki:
Moje Wyprawy
Przyjaciele
Reklama
Pogoda w Łodzi | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||