tutaj znajdzie się to, co nie może aspirować do miana wypraw, a mimo to jest warte mszy. oraz nowości.
Blog > Komentarze do wpisu
Pikuś z Przodkiem, ale za to prawie bez tyłka ;)

Pomysł zrobienia w tym roku 400 km w ciągu doby chodził mi po głowie już od roku zeszłego. Ale że w czerwcu, kiedy pora teoretycznie najlepsza po temu (najkrótsze noce), jakoś się nie zebrałem, a w lipcu byłem na wyprawie, to już się niemal wewnętrznie pogodziłem z faktem, że trzeba to przełożyć na rok przyszły. Wszelako w ostatnią środę przyszło mi do głowy, żeby jednak spróbować. Jest dobra, stabilna pogoda (raczej odmiennie niż było w czerwcu ;) noce jeszcze nie takie długie (ok. 8 godzin ciemności), no i po wyprawie jestem w życiowej formie. Zaplanowałem, przygotowałem się, zarywając sporą część poprzedniej nocy przy brydżu i śpiąc "na zapas" w ciągu dnia kilka godzin przed startem i wyruszyłem w piątek o godz. 21. Była pełnia...

W nocy, odmiennie niż twierdziła prognoza, ale za to zgodnie z wieloletnimi obserwacjami, było bezwietrznie. Też dobrze. Miało wiać w plecy, ale niech tam! Trochę męcząco leci się w nocy drogą nr 14, bo jednak TIRów sporo. Pierwszy krótki postój w Łasku - teraz zjeżdżam na boczną drogę na Widawę, w której drugi postój. Jedzie się świetnie - księżyc przyświeca, lampka też całkiem skutecznie, droga pusta, nie wieje. Żyć nie umierać.

W Wieluniu, tuż za trzecim postojem, stuka mi pierwsza setka. Machnąłem ją w 4h wliczając postoje! :D Od niechcenia zastanawiam się, czy to trochę nie za szybko i czy nie przyjdzie mi za to tempo (średnia ok. 28) później zapłacić... No, ale tak dobrze się leci, mamo... ;)

Kolejny postój w Kluczborku i już mam system: zatrzymuję się przy ławkach, zdejmuję buty i na chwilę się kładę. Nie dlatego, żebym był senny – po prostu stwierdzam, że w ten sposób nie pracują żadne części ciała potrzebne podczas jazdy. Zdjęcie butów pozwala natomiast zapobiec drętwieniu stóp, które mnie z reguły dopada na dłuższych dystansach – zwłaszcza w SPD. Na szczęście nie jest bardzo zimno – najniższa zanotowana temperatura to 9,4 stopnia, więc nawet na postojach (średnio po 10-12 minut) nie zdążę zmarznąć :)

Wreszcie o 4:15 rano docieram do Opola – myślę sobie „dobra nasza, 180 km w 7:15 godzin – nieźle!). Tuż za miastem zastaje mnie świt i... objazd na planowanej trasie! Hmm... dodatkowe kilometry mi chyba niepotrzebne – walę prosto na zamknięty odcinek – chyba się przebiję...? Przebiłem. Co prawda pół kilometra ryłem w piachu pod lekką górkę, ale chyba jednak mimo wszystko na tym wygrałem, bo objazd wyglądał z mapy na dość długi.

Prudnik. Wyliczyłem sobie, że jeśli będę tu o siódmej, to powinienem zdążyć na pociąg o 21:30 z Kłodzka przy założeniu, że górach dam radę jechać ze średnią 20 km/h i nie przesadzę z postojami. Sporo tych warunków... No, ale pierwszy niemal spełniony: w Prudniku jestem o 7:05. Walę na Głuchołazy. Zgodnie z przewidywaniami w dzień zaczyna wiać. Niestety – wbrew prognozom nie z północo-wschodu-wschodu, tylko z... południowego zachodu! No shit – niemal dokładnie w pysk!! Na szczęście wieje póki co słabo. Ale nie nastraja mnie to pozytywnie, oj nie nastraja...

W Głuchołazach, po 250 km, decyduję się na ciut dłuższy postój – trzeba wreszcie zjeść coś konkretniejszego (bułka, parówka – dotąd jadłem tylko słodycze) i uzupełnić zapas wody i soku. Staję przy Biedronce. Jest ósma rano i już robi się upał...

W Czechach na dzień dobry jest podjazd. Wyprzedza mnie trójka kolarzy amatorów. Jadą tylko ciut szybciej niż ja, więc przez chwilę próbuję dotrzymać im koła, ale jednak te 2 km/h pod około pięcioprocentową górkę robią różnicę. Odpuszczam – nie chcę się przemęczyć. Za chwilę i tak mam swoją satysfakcję, bo doganiam sporą grupkę rowerzystów, w tym kilka dziewczyn. Kręcą dzielnie pod górkę, ale i tak po chwili zostawiam ich z tyłu. Dwóch próbuje dotrzymać mi tempa, jeden nawet wyprzedza, gdy górka wyostrza do ośmiu procent, ale po chwili już stoi i dyszy, a ja spokojnie mijam wypłaszczenie i jadę dalej : ) Ale fajni ci Czesi – tak się wybrać w kilkanaście osób (nie kolarzy) na wycieczkę rowerową po górach – kurczę, zazdroszczę im, że mają tylu zapalonych rowerzystów! W ogóle w Czechach przez cały czas spotykam mnóstwo bajkerów – porównując z Polską ma się wrażenie, jakby się przeniosło na inną planetę. Nie liczyłem, ale momentami wydawało się, że rowerów było więcej niż aut. Ech...

Tymczasem podjazd ciągnie się bez większych przerw aż do Vrbna pod Pradedem, gdzie i ja chwilę odpoczywam. Dalej do Karlovej Studanki znów pod górę, a tam już się zaczyna właściwy podjazd na Pradziada. Wchodzę w niego z marszu. Znak ostrzega przed 12% nachylenia na odcinku 6 km. Jak zwykle jest to wierutna bzdura. Co prawda rzeczywiście jest 6 km do pierwszego wypłaszczenia, ale procent średnio raptem 7,5 i to bez istotnych różnic w nachyleniu. Ot, siedem do ośmiu przez cały czas. A do tego świetna nawierzchnia i droga bez agrafek, tylko lekki zakręt od czasu do czasu, bo szosa trawersuje stromy stok. Świetnie poprowadzona!

Tu już jest bajkerów na kopy!! Wyprzedzam między innymi gościa na trójkołowej poziomce z lusterkiem wstecznym przymocowanym do głowy (nie do kasku, tylko na opasce bezpośrednio do głowy!), a mnie wyprzedza kilku kolarzy. Tempo mają dla niewyobrażalne. Ja jadę ok. 9 km/h, a oni – tak na oko – ze dwa razy szybciej. Uch... Na podjeździe robię jeden krótki postój dla pogłębienia oddechu, a potem już cięgiem przez tłumy kłębiące się pomiędzy schroniskami usytuowanymi na ok. 1200 m a szczytem. Wygląda na to, jakby pół Czech przyjechało tu na spacer bądź na rower! :) Co to będzie na zjeździe...? Stąd też pogarsza się nawierzchnia, aczkolwiek wciąż jest to lity asfalt, jeno nieco dziurawy.

Pradziad spod schronisk

Tuż pod szczytem wyprzedzam kilkoro ostatnich rowerzystów i już. Schronisko szczytowe. Luda kupa. Niezbyt fajnie w związku z tym, ale przynajmniej ma mi kto zrobić fotę ;)

Na szczycie Pradziada

Fajny jest też pomysł, żeby na szczycie wypożyczać takie śmieszne duże hulajnogi, na których ludzie sobie zjeżdżają. Sam kiedyś chciałem otworzyć tego typu biznes na Morskim Oku, ale u nas by to raczej nie przeszło, boć to wszak Park Narodowy i na rowerach nie wolno... Za to konie srać mogą, ile wlezie :p

Na szczycie Pradziada

No, w każdym razie o 12:20 wysyłam SMS to Transatlantyka, że Pradziadek (i zarazem pierwszy BIG) padł i o po przebiórce w suche i cieplejsze (na podjeździe się oczywiście spociłem, a teraz zrobiło się pochmurno i chłodno, jest raptem 17 stopni) rozpoczynam zjazd. Nawet nie jest tak źle – lawirując wśród tłuszczy i nie przekraczając 40 km/h zjeżdżam dość pewnie i tylko kilka razy muszę się wydrzeć „pozor!!!” na tłumoków, co ławą suną, zajmując całą (niemałą) szerokość szosy. Od schronisk robi się znacznie przyjemniej – asfalt prawie idealny, a droga pusta. Składam się w lemondkę i niemal nie schodzę poniżej 60 km/h, bo i zakrętów ostrzejszych jest bardzo mało, a agrafek zero. Bajeczny zjazd! Tam też wykręcam maksa wycieczki, a średnia wzrasta mi w ciągu 10 minut o 0,5 km/h mimo, że właśnie stuknęło mi 300 km trasy :) (przy takim dystansie nie jest łatwo ruszyć średnią w którąkolwiek stronę - za duży mianownik - a już podwyższyć ją graniczy zwykle z niemożliwością)

Z Kralovej Studanki znów pod górkę i cieplej. Rozbieram się i z marszu wjeżdżam z 800 m na bezimienną przełęcz 1041 m. Nawierzchnia kiepska, ale na zjeździe daje się jechać 40-45. Za chwilę następny podjazd: z 750 na 930. Na przełęczy Videlsky Kriż zatrzymuję się tylko na fotkę i pędzę dalej. W Belej pod Pradedem jestem tuż po godz. 14. Dwie przełączki w 1,5h; nieźle ;)

Na Przełęczy Videlsky Kriż

No, ale teraz przede mną drugi BIG - Červenohorske Sedlo oraz dość silny już teraz i kołujący wiatr. Jednak podjazd okazuje się równomierny i dość łagodny, a wiatr raz pomaga, raz przeszkadza. Średnio 6-7% - 450 m przewyższenia wciągam bez zatrzymania.

Na Przełęczy Czerwonogórskiej

Na górze fotka i lecę dalej; przede mną długi zjazd do Šumperka położonego ciut powyżej 300 m npm. W Velkich Losinach zatrzymuję się przed barem i szybko zjadam gulasz z bułką. Uff, potrzebny mi był jakiś solidniejszy posiłek! Przy ruszaniu udaje mi się załapać za traktor ciągnący 40 km/h – jedzie się bajecznie, ale krótko, po jakichś 3 km traktor odbija. Jednak od tego miejsca wiatr wiejący generalnie z kierunków południowych zaczyna wreszcie pomagać. Aż do Olšan lecę jak szalony – 30 praktycznie nie schodzi z licznika, a najczęściej jest to 35-40. Jednak pod koniec tego odcinka zaczyna się już podjazd. Nie jest ostro – 3-5%, ale prędkość oczywiście spada. W głowie kalkuluję swoje szanse zdążenia na pociąg o 21:35 z Kłodzka. Są mizerne – co prawda średnia 20 km/h po górach jest utrzymana (głownie dzięki szalonemu odcinkowi od Velkich Losin), ale ewidentnie za długo zeszło mi na postojach (mimo że ograniczyłem je do minimum) i teraz albo pora grzać prawie ciągiem albo zrezygnować z nocnego powrotu do Łodzi i pogodzić się z noclegiem w Kłodzku. O godz 17:40 w Červenej Vodzie metodycznie przeliczam raz jeszcze kilometry na potrzebny na ich pokonanie czas (przede mną m. in. podjazd na ostatni BIG) i stwierdzam, że jednak mam szansę zdążyć. A więc w pedał!

Na Suchym Vrchu

Na Suchym Vrchu melduję się o 18:20. Podjazd okazał się łatwy – 6 km około pięcioprocentówki, potem 3 km trzyprocentówki i ostatni kilometr to ok. 7-8%. Jedynym problemem okazały się roje much – kompletnie uprzykrzyły mi ostatni odcinek, z olbrzymim trudem się od nich oganiałem. Najbardziej pomagała jazda na stojąco, ale nie dałem rady w ten sposób pokonać całego podjazdu ;) Na ostatnim kilometrze stuknęło 400 km wycieczki. Hurra, dałem radę!!! :D

Na Suchym Vrchu

Szybkie foty, przebiórka, bo zaczeło się już ochładzać i pędzę z powrotem. Zjazd średnio szybki, bo najpierw kiepski asfalt, a potem agrafki, ale tuż po 19 jestem z powrotem w Czerwonej Wodzie. Wysokość 540 m, a Kłodzko leży na 300. Mam przed sobą ok. 55 km i niecałe 2,5 godziny... Jeśli nie będę miał jakiejś awarii to dam radę! Zresztą, jak nie ja to kto?! ;)

Odcinek przez Borikovice okazał się nieźle pagórkowaty, ale oto już z rozpędu lecę przez granicę i widzę drogowskaz: Kłodzko 43. Mam dwie godziny – dobra nasza! Do Międzylesia głownie w dół, a w samym miasteczku wredna kostka. Dwa kilometry dalej staję, żeby założyć lampki (słońce powoli chyli się ku zachodowi) i chwilę odsapnąć. Zostało mi 35 km i ciut ponad 1,5 h. Żeby zdążyć spokojnie kupić bilet, to teraz już trzeba cięgiem. Pędzę. Gdy tylko jest choćby minimalnie dół, 35 nie schodzi z licznika. Niestety dość często jest pod górę i to miejscami dość ostro. Ot, takie trzydziestometrowe hopki do 7% nachylenia. Droga bardziej w czeskim stylu niż te, którymi jechałem w Czechach! Oczywiście to spowalnia, ale Kłodzko się nieubłaganie przybliża. Bystrzyca. Jeszcze 15 km i godzina z kilkoma minutami. Zdążę!

Wreszcie wpadam do miasta. Odrobinkę błądząc, przelatuję je praktycznie całe i wreszcie rozpoznaję okolice dworca głównego. Jest godzina 20:58, kiedy zajeżdżam przed budynek dworcowy. Udało się!!! : )))

Nie zaprzeczę, zmachany jestem solidnie, ale widać, że były i rezerwy, skoro dałem radę tak przycisnąć pod koniec. Uświadamiam sobie, że gdybym musiał, to i do 500 bym dociągnął... Chociaz nie wiem - tyłek boli masakrycznie. No, ale na szczęście (niestety? ;) nie muszę, bo pociąg odjeżdża właśnie stąd. No trudno, wsiadam ;)

Powrót trochę z przygodami, bo pociąg opóźnił się o prawie 2h z powodu potrącenia kogoś, kto szedł po torach (!!), ale wreszcie o 7:30 docieram do domu. Teraz już naprawdę czuję tę trasę w nogach – chyba wszystko mnie boli ;) Spaaaać...

Na Suchym Vrchu

Podsumowanie: Oczywiście rekord życiowy (464,5 km, szczegóły trasy i statystyka). Nie tylko dystansu, ale i sumy podjazdów, a także liczby BIGów zaliczonych w ciągu dnia (3). Ładnie podeszły, że były blisko siebie ;) Czas jazdy i postojów łącznie: 23h 58m. Muszę przyznać, że udało mi się pięknie uKORONować niezwykle udany sezon :)

niedziela, 09 sierpnia 2009, aard

Polecane wpisy

  • Wieniec kończy dzieło*

    Ogłaszam oficjalnie, że przestało mi się chcieć prowadzić ten blog :P Może czasem coś będzie, a może nie ;) Poza tym, jako człowiek z gminu, ostatnio popełniłem

  • Płońsk, Płońsk, Płońsk parlamencie!

    Pierwszy wypad (--> trasa z przynajmniej jednym noclegiem poza domem) w tym roku odbył się w ostatni weekend stycznia. Koszystając z niezłej pogody wsiedliśm

  • Od zmierzchu do świtu

    ...czyli Nocna Masakra ;) w najdłuższą noc roku. Chyba ze dwa lata temu zaświtał mi pomysł, żeby przejeździć najdłuższą noc w roku rowerem. Wszelako - o ile pam

Komentarze
staahoo
2009/08/10 17:25:45
Królu Aardzie, w koronie ze szprych utkanej, nie ma co, poszalałeś!
Te 400 km zrobione i jaka fajna relacja, czytałem ją rodzinie na głos, z zapartym tchem. Nie miałbym szans na dotrzymanie Ci koła, gdybym mógł z Tobą robić tę trasę.
-
2009/08/10 21:57:55
Jakżeż słodką jest taka pochwała z ust samego Mistrza Staahaa... :)
Ale Mistrz oczywiście przesadza - dałby mnie jeszcze bobu na takiej trasie! :)
Następnym razem też Cię nie omieszkam zaprosić - może się uda zgrać... :)
-
2009/08/11 16:54:11
Przypomniało mi się, jak kiedyś w październiku jechałem z Pradziada na Červenohorské sedlo - na Wagancie z pełnym bagażem; akurat trochę śnieżyło...
-
lavinka
2009/08/12 13:45:30
Aardzie jesteś nienormalny!!! ;)

Nie byłam w Czechach,to nie porównam,ale w Beskidzie na rowerki turystyczne trafialimy na niektórych trasach bardzo często, zwłaszcza w okolicy Sanoka. Raz trafilimy na grupę co jechała z Krakowa, ze 6 osób, ale nie nocowali w namiocie tylko w agroturystyce. Na początek w sam raz, też tak zaczynałam ;)
Nadal rowerzysta na szlaku jest traktowany jako atrakcja turystyczna dla miejscowych, niemniej powoli się oswajają. Zauważyłam też,że "sakwiarze"mają duże poważanie, często pytano nas skąd jedziemy i jak nocujemy, podziwiano,że w namiocie - choć parę razy nocowaliśmy w chatce. Turyści piesi z plecakami traktowali nas jak "swoich",ale to zapewne zasługa Tomiego, obeznanego w zwyczajach. Tak czy siak, idzie NOWE na dwóch kółkach :)
-
2009/08/12 17:01:01
A to jam nie wiedział, ze Wyśta na wyprawie byli (wio! ;) )
No i tyz piknie! :)
-
2009/08/12 22:13:15
Pełen szacun kolego aardzie, jestes bezapelacyjnie MISTRZEM KOLARSTWA DŁUGODYSTANSOWEGO, bo ja lepszych od ciebie gości w tej niełatwej dziedzinie nie znam. A ja, wstyd przyznać, gdy ty kręciłeś 4 setki na pradeda, woziłem swoją dupę autem po Mazurach. Ty jednak samochodu nie potrzebujesz, bo sam z powodzeniem robisz za niezwykle wydajny i ekonomiczny (i ekologiczny) silnik. Przynajmniej tanio cię to kosztuje. A co do zakazu rowerowego w Tatrach, to również nie rozumiem czemu koń może, a rower nie.
-
2009/08/13 08:12:04
Mnie się tego czytać nie godzi...
A czy taniej wychodzi, to dyskusyjna kwestia. Jak człek jedzie na lekko i nie zabiera żarcia na zapas, to zakupy robi gdzie bądź, czyli głównie na stacjach benzynowych, żeby czasu nie tracić. Jakby tak podsumować, to sądzę, że ta wycieczka kosztowała mnie ze 150 zł (z pociągiem licząc). Na szczęście nie o kasę tu chodziło ;)

Dzięki za dobre słowo, ale lepszych ja znam i Ty też znasz, bo to choćby Królik za wzór niedościgniony może być stawiany :)
-
lavinka
2009/08/13 11:58:57
A byliśta i zostaliśta przegoniśta od cerkwi do cerkwi przez Pogórza za Przemyślem, przeprawiliśta przez San łódką zamiast promem i zmokliśta w Beskidzie Niskim. A na koniec zatruliśta(mła) się wodą ze strumienia.Ale już zdrowiśta ;)
-
staahoo
2009/08/18 20:31:11
Aardzie niezłomny, gdzieś przepadł ???
-
aard
2009/08/19 08:26:08
Jestem, jestem, tylko pisać mi się nie chce ;)
-
staahoo
2009/08/19 20:09:39
Usprawiedliwiony :-)
-
2009/08/21 00:02:33
Pisać ci sie nie chce, rozumiem to, bo lepiej jest kręcić niz pisać, ale może masz ochotę poczytać, np. blog el kondora? P.
-
slavkosnip
2009/08/31 01:33:23
Wyczyn nie lada i do tego po górach! Kiedys zastanawiałem się ile bym przejechał w ciagu doby jadac non stop! Nie jestem takim asem więc sadziłem, ze pewnie jak na moje mozliwości jakies 200 km! I to po płaskim terenie. Myslałem też czy by nie pojechac z Warszawy do Zakopanego na rowerze w ciągu dwóch dni! Ty bys to zrobił w jedną dobę! Fascynujaca relacja, czytałem ją z zapartym tchem! Twój pomysł ws interpelacji sejmowej ws poprawek do kodeksu drogowego w konteksie prawa wyboru dla wyspecjalizowanych rowerzystów wydaje sie sensowny. Należy poszukać precedensów w innych krajach, chociaż biorąc pod uwagę różna kulturę jazdy takie porównania mogą wydawać sie nietrafne! Ale ciekaw jestem jak ta sprawa wyglada w kodeksach drogowych innych państw! Moze by poszukać w necie?
-
aard
2009/09/05 10:30:21
Slavko, znam kogoś, kto zrobił trasę dokładnie z Wawy do Zakopca i zmieścił się w dobie, o :)
www.wyprawyrowerowe.neostrada.pl/wypady/wypady.html
Ale ten ktoś już zdążył głeboko zatrzeć wrażenie tamtego (niemałego przecież) wyczynu. O:
www.wyprawyrowerowe.neostrada.pl/wypady/wypady.html
Krótko mówiąc: Mistrz :)
ZaliczGmine.pl button stats bikestats.pl Moje tegoroczne wycieczki Moje zeszłoroczne wycieczki